wtorek, 10 grudnia 2019

WYWIAD z Anną Jurewicz autorką książek "SUB ROSA" i mającej się ukazać w styczniu "AD ASTRA"

Dzień dobry


Anna Jurewicz dostała się do mojego grona ulubionych autorek dzięki postaci pewnej rudowłosej czarownicy i jej perypetiom. Zakochałam się w niedoskonałej, ale jakże mi bliskiej Róży Świętojańskiej i innych bohaterach debiutanckiej powieści Anny pt. "Sub Rosa". Tak, kochani, ja ewidentnie zaliczam się teamu Jonasza Wida ❤, chociaż Corveusz też jest niczego sobie... 


Annę Jurewicz znajdziecie tutaj, a tu znajdziecie opisy "Sub Rosy", a tutaj "Ad Astry".

Druga część przygód Róży pojawi się już na początku przyszłego roku. A dzisiaj zapraszam Was na wywiad, którego udzieliła mi autorka. 

Tam, ta da dam... Przedstawiam Państwu Annę Jurewicz:



1.  Przyznaję bez bicia, że zanim napisałaś w grupie o fantastyce swojego postu o poszukiwaniu chętnych do zrecenzowania "Sub Rosy" Twoje nazwisko było mi całkowicie obce. Wspomniana "Sub Rosa" jest Twoim debiutem literackim. Bardzo udanym, moim zdaniem. Pisanie zawsze Ci towarzyszyło w życiu, czy zajęłaś się nim stosunkowo niedawno?


Zaczęłam pisać kiedy miałam 12 lat. Razem z moją przyjaciółką tworzyłyśmy opowiadania-pamiętniki osadzone w uniwersum Harry’ego Pottera. Odkąd „odkryłam” pisanie - właściwie nie miałam ani chwili przerwy. Ciągle coś notowałam, opowiadałam sobie historie. W końcu przyszedł czas na coś swojego. „Sub Rosa” to nie jest moje pierwsze podejście do powieści i mam nadzieję, że kiedyś powrócę do moich rozgrzebanych projektów.

2. Skąd pomysł na fabułę "Rosy"? Po co wykorzystywać wampiry i wilkołaki, czy podobne im stwory z innych kultur, skoro można czerpać z rodzimych dawnych legend i zapomnianych wierzeń, mnie ten zabieg tym bardziej przypadł do gustu, że był swoistym odkryciem :)

W 2013 roku przeprowadziłam się na stałe do Strasbourga, zostawiając za sobą Polskę. I dopiero na emigracji okazało się, że wierzby mi tu nie szumią, nie czuję z Francją porozumienia dusz. Zaczęłam tęsknić za Polską i czytać więcej o tym, czego wcześniej unikałam jak diabeł święconej wody - o folklorze, ludowości i o tym, w co wierzyli Polacy, zanim przyjęto chrzest. „Sub Rosa” to tak naprawdę opowieść psychologiczno-przygodowa, a słowiańskość jest dobrą wymówką do opowiedzenia tej historii.

3. Czy Róża Świętojańska ma swój pierwowzór w rzeczywistości? Skąd pomysł na jej postać? Jak powstawała? Czy miałaś jej pełną wizję, już gdy zaczynałaś pisać, czy też ewoluowała w trakcie tworzenia? Od siebie dodam, że przypadła mi do gustu jej aparycja. Właśnie dlatego, że jest taka nieidealna. Utożsamiałam się z nią w pewien sposób...

Róża to jest dziewczyna, którą byłabym, gdybym nie była sobą. Jest ode mnie odważniejsza, ale pożyczyłam jej trochę swoich kilogramów. Całe życie byłam gruba i nigdy nie przeczytałam nawet jednej historii, w której bohaterka nie jest szczupła. Tak jakby przygody przytrafiały się tylko tym najpiękniejszym, najsmuklejszym i skupionym na realizacji planu. A one trafiają się kluskowatym żelkojadom też.

Z racji mojego zawodu (jestem psychologiem), rozgrzebałam Różę na czynniki pierwsze. Tak samo zresztą, jak wszystkich moich bohaterów. Każdy z nich ma swoją teczkę, pełną dokumentację preferencji, upodobań, niechęci, historii życia, drzewo genealogiczne. Za kulisami trylogii o Róży stoi cała szafa papierów. Bawię się w detektywa ludzkiej natury.

4.  ... i zazdrościłam męskiego towarzystwa jakie ją otaczało ;). Męska część bohaterów jest świetnie napisana i ma swoje zwolenniczki jeśli chodzi o konkretne postaci.  Chłopcy mają indywidualne charaktery, a przy tym są niebywale zabawni... Choć może to wynikać po części z Twojego stylu prowadzenia narracji. Czy ich proces powstawania był zbliżony do powstawania postaci Róży? 
Pojawił się i został ktoś, kto miał pełnić tylko marginalną rolę, a stał się pełnokrwistym bohaterem?

Nie za bardzo pozwalałam swoim bohaterom wyrywać mi się spod kontroli, a cała historię skrupulatnie zaplanowałam już na początku pisania.

Postaci męskie powstały tak: poprosiłam kilku moich znajomych o wypełnienie testów psychologicznych i na podstawie ich wyników, budowałam postaci. Bardzo zależało mi na tym, żeby byli prawdziwi, ale jednocześnie interesujący. Gdzieś tam są mężczyźni, którzy „zagrali” w mojej książce. Bardzo im dziękuję, za ich błyskotliwe komentarze - bo wiele kwestii wypowiadanych w książce to zapis moich rozmów z nimi.

5. "Sub Rosa" to historia o dokonywaniu wyborów i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Co jeszcze chciałaś w niej przekazać swoim czytelnikom?

Dobrze to ujęłaś, to historia o dokonywaniu wyborów. To też opowieść o magii i o tym, czym ona według mnie jest. W drugiej części przygód Róży poruszam też ważne, społeczne tematy na przykład samoakceptację.

Tak naprawdę, to czytelnik decyduje jak głęboko wchodzi w tę książkę i co z niej dla siebie wynosi. Starałam się, żeby była wielowymiarowa, skłaniała do refleksji i zastanowienia się nad motywacjami bohaterów.

6. Proces tworzenia to niekiedy proces długotrwały. Ile czasu zajęło Ci stworzenie "Sub Rosy"? Czy zakładałaś od początku, że będzie więcej niż jedna część, czy wyszło tak niejako w trakcie? No i oczywiście, jeśli to ma być cykl to ile części przewidujesz?

Od początku wiedziałam, że historię Róży opowiem w trzech tomach. „Sub Rosę” już znasz. Za miesiąc będzie premiera drugiego tomu „Ad Astry”. Mam nadzieję, że tom trzeci, zamykający cykl, pojawi się jeszcze w 2020 roku.

Najwięcej czasu zajęło mi przygotowanie się do pisania - ustalenie szczegółów, planu historii, bohaterów. Samo pisanie zajęło mi około 4 miesięcy i podobnie sprawa miała się z „Ad Astrą”.
Trochę jest mi smutno, że niedługo pożegnam się z moimi bohaterami, więc zostawiam sobie otwarte drzwi dla tomu 4. No, może raczej 0,5.

7. Masz jakieś swoje rytuały, które towarzyszą Ci przy pisaniu?

Jasne! Zawsze słucham muzyki i każda moja książka ma swoją osobną playlistę. Niektóre sceny piszę słuchając w kółko tej samej piosenki. Takie playlisty można znaleźć na Spotify, wpisując na przykład: „Sub Rosa - Anna Jurewicz”.

8. Ponieważ nie samym pisaniem człowiek żyje czym jeszcze się zajmujesz? Hobby? Praca zawodowa?

Z zawodu jestem aktywnym psychologiem - pracuję zarówno online (www.zrozumiecsie.pl) jak i stacjonarnie w Strasbourgu. Ponieważ jedna praca to mało,  a ja lubię tworzyć - pomagam ludziom rozwijać swoje blogi/biznesy online, pełniąc funkcję Wirtualnej Asystentki i Webmastera. Tworzę i kreuję strony internetowe. Czasami prowadzę też szkolenia umiejętności miękkich i opowiadam o tym, jak można połączyć psychologię i pisanie.

Kiedy mam chęć na chwilę przerwy, jadę na targ staroci i przywożę jaki stary mebel, który obdzieram ze skóry i przerabiam na coś nowego. Gdybym nie pisała ( i nie była psychologiem, coachem, twórcą, webmasterem, trenerem, wydawcą…) to chyba bym robiła meble.

9. Po wydaniu "Sub Rosy" zyskałaś sobie grono wiernych czytelników, ja sama piałam peany na jej cześć. W jednym z Twoich wpisów natknęłam się na stwierdzenie, że jesteś nieśmiałą osobą. Wydanie książki i co się z tym wiąże wywiady, odpowiadania na namolne pytania (czyt. moje) zmusiło Cię w pewien sposób do wyjścia ze swojej strefy komfortu. Jak się z tym czujesz? Co w Tobie samej zmieniła „Rosa"?

Masz rację! Jestem nieśmiała i jak typowy introwertyk, wolę kontakt jeden na jeden. Kiedy pierwszy raz stanęłam (no dobra, zasiadłam), przed grupą ludzi na spotkaniu autorskim, bałam się, że trema mnie zje i będę plotła same głupoty. Na szczęście w porę się ogarnęłam. „Sub Rosa” nauczyła mnie rozmawiać z ludźmi, których widzę pierwszy raz w życiu, a którzy wiedzą o mnie dużo więcej niż ja o nich (w pracy psychologa jest dokładnie na odwrót). Okazało się, że bardzo lubię rozmawiać z moimi czytelnikami i w ten sposób poznaję wspaniałych ludzi i ich niesamowite historie.

10. Jak Twoi bliscy zareagowali na wydanie książki?

Mam wrażenie, że spodziewali się, że do tego dojdzie. Może nie do końca wierzyli, że może mi się to udać w ramach self-publishingu, bo to bardzo skomplikowany i pracochłonny proces. Moją książkę przeczytała moja babcia i siostra mojego dziadka. I podobała im się! To chyba najlepsza recenzja, jaką mogłam dostać.

11. Wiem, że druga część ukaże się w pierwszym kwartale 2020 roku. Wiem, że nie możesz zdradzić co się w niej znajdzie, ale może w powiesz o niej choć kilka słów?

Mogę Ci powiedzieć, kto zginie… :-)
No dobra, żarty na bok. Pakujcie się, bo w „Ad Astrze” znowu będziemy podróżować i to nie tylko po tym wymiarze. Będzie mroczniej niż w „Sub Rosie”, ale też pojawi się sporo odpowiedzi na pytania z pierwszego tomu.

12. Twoja przygoda z pisanie zaczęła się od…?

Od czytania. „Harry Potter” pokazał mi, że książki mogą zabierać nas w ciekawe miejsca, a nie tylko wywracać nas na drugą stronę. Nadal mam traumę po „O psie, który jeździł koleją”.

13. Jaka jest geneza powstania Róży Świętojańskiej? Dokładniej chodzi mi o ten moment, gdy pojawiła się pierwsza myśl, pierwsze zdanie, które byłoby zalążkiem tej historii…

W 2016 roku zdecydowałam, że czas na coś własnego. Zaczęłam pisać opowiadanie o Uniwersytecie Łysogórskim. Wykreowałam postaci i do zabawy w pisanie zaprosiłam moją przyjaciółkę (Wegę!). Z czasem historia się rozrastała, a ja postanowiłam opowiedzieć ją w formie książki.

14. Ulubiona muzyka to…?

Sting, Bastille, Noah Kahan, Fiction Plane, Imagine Dragons, Mumford and sons, Florence. Zależy jak rozdział piszę. :)
Zdradzę Ci, że pierwszy rozdział „Ad Astry” to „Sunday with a flu” w wykonaniu Yodelice.

15. Książki, które zrobiły na Tobie ogromne wrażenie i zostały w Twoich myślach na dłużej?

Wspominałam już Harry’ego Pottera, tak? :-) Ostatnio przeczytałam świetną książkę „Normal People” Sally Rooney. Bardzo dobrze opowiedziana historia. Uczę się czytać i doceniać Davida Mitchell’a - on tak bawi się konwencją i stylem, że chciałabym, żeby mnie uczył :)

16. Plany na nowy rok, nie tylko wydawnicze? Wiem, że już niedużo starego roku zostało...

Wydawniczo: mam zamiar skończyć cykl o Róży Świętojańskiej i przejść do kolejnego projektu literackiego, którym zajmuję się, kiedy bohaterowie z Łysej Góry nie chcą już ze mną gadać.
Prywatnie: Jakbym jeszcze z 10 kilo schudła, to byłoby spoko. Albo z 15.

Dziękuję za poświęcony czas i udzielenie odpowiedzi :).

Cała przyjemność po mojej stronie :)

poniedziałek, 9 grudnia 2019

"Córka słońca. Zderzenie światów" Monika Knapczyk - recenzja patronacka

Witajcie


Odliczacie już dni do Bożego Narodzenia? Kupujecie ostatnie prezenty czy zostawiacie sobie tę kwestię na ostatnią chwilę?

Dzisiaj zapraszam Was na moją pierwszą patronacką recenzję. Dowiecie się z niej co takiego sprawiło, że książka Moniki Knapczyk trafiła pod moje skrzydła, jakie zrobiła na mnie wrażenie lektura i co takiego wyjątkowego w niej zobaczyłam.

"Córka słońca. Zderzenie światów"Monika Knapczyk


cykl: Córka słońca
Stron: 337
Gatunek: fantastyka, dla młodzieży


Opis
Akcja książki rozgrywa się w alternatywnym świecie Kiramu, zamieszkanym przez humanoidalne istoty bliźniaczo podobne do nas.

Derra Amno zostaje w wieku dwunastu lat porwana przez wpływową organizację i poddana wątpliwemu pod względem etycznym eksperymentowi. Musi przystosować się do życia w zaawansowanej techno- logicznie Sangacji, należącej do potomków Ziemian, nauczyć nowego języka i przyswoić cały ogrom wiedzy. Jej opiekunami w tym kraju zostaje typowe sangackie małżeństwo, posiadające dwoje własnych dzieci.
Derra wciąż tęskni za Entorią, utraconą ojczyzną, i podejmuje kolejne próby ucieczki. W końcu znajduje w Sangacji miłość, szczęściu młodych przeszkodzi jednak tragiczny finał, któremu nikt nie był w stanie zapobiec.
W przygotowaniu są dwie kolejne części „Prawo miłości” i „Miejsce początku”.


***

Zaczarowana przez Entoriankę

Słowa, które mnie zaczarowały i wywołały ten specyficzny dreszczyk przebiegający przez kręgosłup; które zachęciły mnie do przeczytania książki o tak oryginalnej okładce, obok której normalnie przeszłabym obojętnie, były dwa: Derra Amno. Tyle wystarczyło. Przeczytanie kilku pierwszych stron i ogólny przegląd pliku zaowocowały moim zapytaniem o patronat.  I tym sposobem Derra Amno już zawsze będzie kojarzyła mi się z pierwszym w blogerskim życiu patronatem.

***

Monika Knapczyk oddaje w ręce czytelnika opowieść, z jaką chyba nie spotkałam się do tej pory, a przynajmniej nie potrafię przywołać podobnej w pamięci.  To opowieść wielowarstwowa, o uniwersalnym przekazie. Napisana językiem prostym i przystępnym, ale jednocześnie autorka tak operuje słowem pisanym, że treści w odpowiednich momentach stają się malownicze, dramatyczne, a tam gdzie jest to potrzebne, oddziałujące na emocje.

Niby coś znanego, a jednak...

Świat stworzony przez autorkę jest bardzo dobrze dopracowany, na końcu książki znajdziecie korelacje kalendarzy Sangacji i Kiramu (dwóch najważniejszych dla tej historii krain), mapkę wraz ze szczegółowym podziałem na kraje i prowincje. Dla mnie ma akurat spore znaczenie istnienie takich dodatków, do których mogę zajrzeć w trakcie czytania, chociaż w przypadku e-booka nie jest to wygodne. Szczególnie dobre jest to rozwiązanie, gdy mam do czynienia ze światem całkowicie wymyślonym przez autora.

Nie ukrywam, że tak mniej więcej do połowy książki, miałam w głowie chaos i starałam się ogarnąć pewne szczegóły. Zdaję sobie sprawę, że takie lekkie zagmatwanie może zniechęcać czytelnika, ale jak to bywa w przypadku tworzenia nowych światów, musi minąć jakiś czas, byśmy się z nim oswoili i poczuli w nim pewnie.

Derra Amno

Główną bohaterkę, małą Entoriankę, poznajemy gdy jest jeszcze dziewczynką. Chociaż jest bystra, inteligenta i wysportowana, jest istotą gorszą niż sąsiadujący z Entorią Sangacjacjanie. Rodacy Derry traktowani są jak dzikusy, jednostki mniej inteligentne i zdecydowanie gorsze.

Marszałek Raszkiewicz wymyśla sobie Operacę "Dzikus". Trudno jego pomysł nie nazwać inaczej niż fanaberią, a że jest osobą najważniejszą nikomu nie przychodzi do głowy by jego rozkazy podważać.

"Operacja „Dzikus” jest eksperymentem polegającym na próbie przystosowania barbarzyńskiego kiramskiego dziecka do życia w naszej społeczności. Dziecko to ma być dość duże, by pamiętać życie w ojczystym kraju i dobrze posługiwac5 się swoim językiem, lecz nie na tyle dorosłe, by nie dało się ukształtować go zgodnie z naszymi pragnieniami."

Derra Amno wpada w ręce Eliminatorów, czyli osób od czarnej roboty, podlegających marszałkowi. Przecinają się losy Eliminatora Aldorenta Morrisona i 12-letniej Derry. Aldorent jest drugim moim ulubionym bohaterem  tej powieści. Pomimo pełnienia funkcji Eliminatora to dobry człowiek, z sercem na właściwym miejscu i wzbudzający sympatię. W pewnym momencie jednak znika z kart i pojawia się na krótką, ale istotną chwilę. Nie, nie umiera... I całe szczęście, bo mam nadzieję poczytać  o nim w drugiej części "Córki słońca".

Prócz Derry i Aldorenta ważnymi osobami są członkowie rodziny, do której trafia dziewczynka i którzy stają się jej zastępczymi rodzicami i rodzeństwem na pięć długich lat, tyle bowiem czasu spędza w Sangacji Derra nim kończy się ta część historii.

Postać Derry jest wykreowana bardzo szczegółowo, wszakże to jej losy śledzimy, poznajemy jej obawy, pragnienia i myśli. Obserwujemy jak się zmienia, jak z dziecka staje się  dorosłą kobietą, choć mija ledwie pięć lat. Pozostali bohaterowie nakreśleni są o wiele mniej dokładnie, ale ich cechy są wystarczające by stali się wyraziści.

Świat przedstawiony

Autorka stworzyła bardzo różnorodne krainy, mające swój niepowtarzalny charakter i mieszkańców. W pierwszej części najlepiej poznajemy Entorię, krainę rodzinną Derry Amno oraz Sangację, do której trafia po porwaniu. Zaledwie na chwilę wędrujemy do Kenlacji, też nie mniej ciekawej i z przyjemnością jeszcze bym do niej zawitała.

Nie ma dwóch bardziej różnych od siebie krain, niż właśnie Entoria i Sangacja. Ta pierwsza jest zielona, pełna łąk, lasów i gór. Druga wysoko cywilizowana, technologicznie rozwinięta, gdzie ludzie mieszkają w wielkich kompleksach zwanych kolosusami, w których znajdują się mieszkania, firmy, sklepy, szkoły i wszystko to co jest do życia potrzebne.

Nie tylko warunki życia są odmienne, pomiędzy samymi mieszkańcami istnieje ogromna przepaść i różnice. Nie bez powodu pierwsza część cyklu nosi nazwę "Zderzenie światów", bowiem  jesteśmy świadkami zderzeń dwóch totalnie różniących się światów. Derra, wychowana w kontakcie z naturą nagle zostaje z tego wyrwana, wtłoczona w ramy, których początkowo nie rozumie, ale którym poddaje się, gdy dociera do niej, że nie ma szans na powrót do domu.

Emocje i wrażenia

Czytałam "Zderzenie światów" dosyć długo. Wynikało to po części z faktu, że czytanie na czytniku plików pdf męczyło moje oczy, ale i dlatego, że sama historia i nadmiar informacji dotyczących wykreowanej rzeczywistości wymuszał chwile odpoczynku. Później, czytanie ruszyło z kopyta.
Właściwie wydarzenia toczą się dosyć spokojnie. Towarzyszymy Derze, jesteśmy świadkami jej dojrzewania, zmian jakie zachodzą w jej mentalności pod wpływem wychowania i pobieranych nauk, widzimy również jak wpływa na nią nieudana próba ucieczki. Duże fragmenty powieści to opisy i relacje z życia bohaterki, sporadycznie przerywane dialogami. Kiedy Derra poznaje swoją pierwszą miłość zmianie ulega dynamika powieści.

***

Jeśli oczekujecie powieści z akcją to uprzedzam Was, że "Zderzenie światów" Wam tego nie da. Ale jeśli oczekujecie historii o wnętrzu, emocjach; historii, która skłoni Was do refleksji nad dylematami egzystencjalnymi i moralnymi to będzie to dla Was doskonała lektura.

Na przykładzie perypetii swojej bohaterki Monika Knapczyk porusza tematy dyskryminacji, nietolerancji, pierwszych miłosnych porywów serca, podejścia do religii, walki o siebie, o prawo do szczęścia, do równości, obnaża płytkość i małostkowość ludzką, ich hipokryzję, bezwzględność i brutalność. Bywały takie momenty podczas lektury, gdy miałam ochotę krzyczeć, wściekałam się na jawną niesprawiedliwość, na krzywdę jakiej doznawała Derra i to dlaczego? Bo była Entorianką? To nic, że nie tylko swoimi zasadami moralnymi, inteligencją, empatią i wewnętrzną mądrością przewyższała Sangacjan. To nie miało żadnego znaczenia. Liczyło sie tylko to, że pochodzi z konkretnego miejsca i jest reprezentantką konkretnej rasy. A teraz zastanówcie się jak często mamy z tym do czynienia w świecie nam znanym?

***

Spodobał mi się temat miłości. Tu akurat mamy do czynienia z pierwszą miłością Derry i Kimmo. Zaimponowała mi ta młodziutka, ale dojrzała bohaterka. Kimmo do pewnego stopnia również. A potem stało się coś, co wywróciło wszystko do góry nogami. Aby to w pełni zrozumieć, nie wystarczą Wam moje słowa, musicie sami poznać historię tego uczucia i ocenić zachowanie i wybory dokonane przez bohaterów.

Podsumowując

Jeśli miałabym zaklasyfikować "Córkę słońca. Zderzenie światów" to byłoby to hight fantasy, z mocnymi elementami obyczajowymi. Jest zdecydowanie skierowana do czytelnika, który zamiast akcji bardziej preferuje przyglądanie się emocjonalnej i psychologicznej sferze życia bohaterów. Styl autorki jest dopracowany i lekki, zdecydowanie potrafi ona budować momenty napięcia, a końcowe sceny po prostu wymiatają. 

Czytając opis wiadomo, że fabuła będzie się skupiała na przeżyciach jednej bohaterki i można przypuszczać, iż akcji nie będzie zbyt wiele. Początkowo spodziewałam się, że Derra będzie typem buntowniczki i jest nią, ale na jej własnych warunkach, bo to właśnie jest Derra. Wyjątkowa i niepowtarzalna. Derrę Amno pokochacie od początku i będziecie jej kibicować, wierzę w to mocno. Jest tego warta.

Ja tymczasem polecam Wam tę książkę i czekam na ciąg dalszy, bo zdradzę Wam, że autorka zakończyła w takim momencie, że nic tylko sięgnąć po kolejną część. Moja ocena 7/10.

czwartek, 5 grudnia 2019

"Cieplarnia" Briana Aldissa - ponadczasowa, uniwersalna wizja przyszłości Ziemi

Witajcie


Są książki ponadczasowe i uniwersalne. Jedną z nich jest "Cieplarnia" Briana Aldissa. W jej przypadku urzekła mnie okładka, obiecując powieść z gatunku jaki czytuję ostatnio najczęściej, i który bardzo lubię. 

Jakie mam po niej wrażenia? Zapraszam na recenzję.

"Cieplarnia"Brian Aldiss


Seria Wehikuł czasu
Stron: 312
Gatunek: klasyka science fiction
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis

Opis wydawcy:

"Ponura, lecz hipnotyzująca wizja przyszłości naszej planety – jedna z najlepszych w całej fantastyce!


Ziemię, tkwiącą nieruchomo pod palącym światłem umierającego powoli Słońca, pokrywa nieprzebyta dżungla rozrośniętego do planetarnych rozmiarów figowca. Bezlitosną walkę z bogactwem agresywnych, zmutowanych roślinnych form życia przeżyły tylko nieliczne zwierzęta i zdegenerowany, coraz rzadziej występujący człowiek. Czy związek z myślącym grzybem pozwoli mu przetrwać?"




***



Na ogół czytam powieści, które powstały dość niedawno. Nie robię tego celowo, po prostu takie wpadają mi w ręce. Ostatnio jednak mój wzrok wyłapał okładkę książki autora, którego nie znałam wcześniej i o którym nie słyszałam choćby wzmianki,  a tym autorem był Brian Aldiss, książką zaś jego „Cieplarnia”, za którą otrzymał nagrodę Hugo.

***

To jedna z pozycji, którą wybrałam totalnie w ciemno, urzeczona okładką i dziwną, podobną do ludzkiej kobiecą, postacią sugerującą utwór fantastyczny. A przeczytawszy przedmowę napisaną przez Neila Gaimana zdałam sobie sprawę, że powiedziane zostało już wszystko, a mnie pozostaje tylko przytaknąć. Jeśli sięgnięcie po „Cieplarnię” nie omijajcie proszę przedmowy, czy też przed przeczytaniem, czy już po. To doskonała analiza tego utworu i w jasny, przejrzysty i literacki sposób ujawni Wam naturę tego utworu.

„Ponura, lecz hipnotyzująca wizja przyszłości naszej planety (…).” Tak czytamy w opisie, a po przeczytaniu całej powieści zgadzam się z tym określeniem w każdym calu. Autor stworzył niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju świat przyszłości, a nowa rzeczywistość to nowe gatunki, nowe nazwy, nowe prawa rządzące ową rzeczywistością. Ziemia zamarła w bezruchu, zdominowana przez rozrosłego to planetarnych rozmiarów drzewa figowego i połączona jest, podobną do pajęczej, siecią trawerserów z Księżycem, również nieruchomym, choć nie martwym. Słońce zaś znajdujące się niemal u kresu swego istnienia. Gatunek ludzki podzielił się, zmienił, ewolucyjnie nie postąpił na przód, ale cofnął się, zmniejszył, całkowicie poddał się żądzy instynktowi przetrwania.

 ***

Zaskoczył mnie bezmiar kreatywności Aldissa. To co stworzył w „Cieplarni” jest nieporównywalne do niczego co znałam wcześniej. Nie będę ukrywać, że nazwy gatunków przyprawiały mnie o zgrzytanie zębami. Nie wiem, czy to kwestia tłumaczenia, czy powód jest inny, ale nazewnictwo szczególnie zwierząt było nie do przeskoczenia.

Sam język utworu jest uniwersalny, próżno by doszukiwać się w nim jakiejś specyfikacji mogącej go wtłoczyć w określone ramy czasowe. To sprawia, że „Cieplarnia” jest ponad zmianami i ewolucjami języka literackiego.

***

Oryginalny i jeszcze przeze mnie nie spotkany wcześniej jest sposób prowadzenia fabuły. Przywykliśmy, że skupia się ona na bohaterach. „Cieplarnia” zaś czyni bohaterów swego rodzaju pionkami, nieświadomymi przewodnikami po obcym i niebezpiecznym świecie Ziemi stworzonej przez Aldisa. Chociaż za głównych bohaterów można by uznać Lily-yo i Grena, to jednak najważniejsza jest tu przyroda, prawa rządzące tym światem. Postaci zaś dają nam, czytelnikom, odpowiedzi jak do tego wszystkiego doszło i dokąd zmierza. Bohaterowie przeżywają swoje przygody, autor opisuje ich realia, ale to do czytelnika należy cały proces analityczny. Gren i reszta zajęci są swoją walką o przetrwanie.

Tam gdzie walka o przetrwanie, tam i brutalność. Nie brak jej w tej powieści, ale nie jest ona szczególnie eksponowana i opisana z detalami, nie o to bowiem chodzi. Jest efektem walki o życie, o zachowanie gatunku. Trudno było mi przejść do porządku dziennego nad grupą dzieciaków, z których najstarsze miało raptem dwanaście lat, pozostawione samym sobie, zdolne jednak do zatroszczenia się o swoje bezpieczeństwo i pożywienie, nie mniej brutalne niż dorośli, kierujący się instynktem, który takim młodzikom nakazywał bezwzględną walkę, a także przedłużenie gatunku. Wchłonięta przez mroczny świat autora zepchnęłam gdzieś w tył głowy te obrazy, tłumacząc sobie, że to inny świat, inne prawa, inny gatunek rządzący się odmiennym cyklem życiowym.

***

Postać Grena traktowałam jako głównego bohatera, gdyż to dzięki jego wyprawie mamy okazję poznać jasną stronę Ziemi, a także i fragment tej, która już niemal łączy się z ciemnością. Niepokorny, lubiący postawić na swoim, mający swoje zdanie jest idealnym bohaterem. Bywały jednak momenty w powieści, że niezbyt go lubiłam. Mam na myśli tę część, w której był nosicielem grzyba. Trzeba jednak przyznać Aldissowi, że genialnie wymyślił rolę tego pasożyta, nie tylko w świecie, który jest nam dany obserwować dzięki Grenowi, ale i tysiąclecia wcześniejsze. To przerażająca wizja. A sam Gren zaś, czy stałby się tym kim się stał, gdyby nie grzyb?
Śledząc losy tego chłopaka widać jaką drogę przechodzi i jakie zmiany w nim samym zachodzą. Poznajemy Grena dzieciaka, samowolnego i hardego, żegnamy Grena mężczyznę.

***

Uczciwie powiem, że była to również jedna z najdziwniejszych książek jaka trafiła w moje ręce, choć mogłabym stwierdzić, że trafiła w nie przypadkowo, to nic co nas spotyka nie dzieje się przez przypadek. Z pewnością „Cieplarnia” jest godna polecenia i szerzenia jej popularności, jednak nie każdemu jej specyficzna forma może przypaść do gustu.

***

Sięgając po „Cieplarnię” Briana Aldissa nie spodziewałam się tak doskonałej lektury. Dziwaczne, czasem trudne do wymówienia nazwy, ustępowały miejsca bogactwu wyobraźni przedstawionego świata i ponurej, pesymistycznej, ale jakże fascynującej wizji przyszłości zdominowanej przez florę.

Czy polecam? Bez wątpienia i jeśli macie otwarte umysły z pewnością się nie zawiedziecie.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

WYWIAD z autorką "Mroku" czyli ALICJĄ WLAZŁO

Dzień dobry

Oto kolejny wywiad z cyklu Kobieca twarz polskiej fantastyki. :) Tak, na przyjemne rozpoczęcie poniedziałku.

Alicja Wlazło to dla mnie jedna z tych autorek, która ma już swój, rozpoznawalny styl, a ponad to potrafi rewelacyjnie opisać dramatyczne sceny.




Jak wyglądała Twoja pisarska droga? Mam na myślę, tę drogę od pisania do szuflady (o ile miało coś takiego miejsce w Twoim przypadku) do wydania swojego pierwszego dzieła?

Pisanie do szuflady w moim przypadku miało miejsce głównie w przypadku pierwszych wierszy oraz pierwszej powieści (kryminalnej, nawiasem mówiąc ;)), do której tworzenia zabrałam się w wieku dwunastu lat. Jak to dziecko, nie byłam wtedy zbyt odporna na krytykę i przy pierwszym z nią zetknięciu odpuściłam dalsze próby pisarskie. Jednak nie na długo – później przyszedł czas pisania piosenek. Lecz one nigdy nie wystarczały. Nie na dłuższą metę.

Pewnie dlatego po wielu przeczytanych powieściach, głównie fantastycznych czy z wątkiem romantycznym, zapragnęłam stworzyć swój własny magiczny świat. I dlatego właśnie w głowie zaczął mi się rodzić pomysł na napisanie „Mroku”. Miesiąc zajęło mi spisanie planu powieści, choć teraz sądzę, że specjalnie się z tym ociągałam, ze strachu. Obawiałam się, że porywam się z motyką na słońce i że nikomu nie spodobają się moje historie. A jednak, dzięki wsparciu męża, który powiedział: jeśli nie spróbujesz, nigdy się nie przekonasz, napisałam pierwszy szkic „Mroku” w około osiem miesięcy. Później wzięłam udział w kursach kreatywnego pisania, gdzie zaznajomiłam się z prawdziwą konstruktywną krytyką i poznałam, jak cenna potrafi być. Po pierwszych ocenach od nauczycieli, a zarazem krytyków literackich, zapragnęłam rzucić powieść w kąt. Bo co z tego, że fabuła się spodobała, skoro wykonanie kulało? I to mocno.

Ale tego nie zrobiłam, a zamiast tego przepisałam „Mrok” od nowa. I jeszcze raz. I kolejny. I dopiero wtedy wysłałam powieść do wydawnictw. Poszczęściło mi się, gdyż bardzo szybko spotkałam się z pozytywną odpowiedzią, dzięki której jestem tu, gdzie jestem. I nigdzie się nie wybieram.

Czym prócz pisania się zajmujesz?

Och, trochę się tego uzbiera! (śmiech) Przede wszystkim jestem matką dwóch wspaniałych urwisów, starszy synek w tym roku poszedł do pierwszej klasy, drugi cieszy się jeszcze z ostatnich miesięcy w zerówce. Opieka nad nimi często wymaga wiele czasu, lecz nigdy nie zamieniłabym czasu z nimi spędzonego na cokolwiek innego. Poza tym jestem szczęśliwą żoną wspaniałego mężczyzny, który kocha mnie nawet ze wszystkimi moimi wadami, a tych kilka by się znalazło. ;)

Co więcej kocham śpiewać i tworzyć – nie tylko powieści. Niedawno wróciłam do tworzenia piosenek, a także próbuję swoich sił w rysunku. Kocham również czytać i poprawiać teksty, nie tylko swoje, lecz również znajomych po piórze. Ponadto pracuję na pełen etat. Czasem zastanawiam się, skąd znajduję na to wszystko czas.

Jak zrodził się pomysł na serię o Zaprzysiężonych? Ta pierwsza myśl, zalążek, iskierka, która zmieniła się w ogień, a pierwsza myśl w historię, którą teraz możemy przeczytać?

Ciężko mi podać jedną konkretną rzecz. Od zawsze musiałam mieć cel, coś mojego, coś, co wymaga wysiłku do osiągnięcia. Również zawsze wolałam sprawować rolę twórczą niż odtwórczą. Z pewnością jednak mogę powiedzieć, że duży wpływ miały na mnie powieści Terry’ego Pratchetta, Cassandry Clare czy Trudi Canavan. Co więcej chyba akurat wtedy nadszedł ten czas. Podczas studiów spotkałam niezwykłą wykładowczynię Historii Literatury Anglojęzycznej, która swoją pasją zaraziła i mnie. I wtedy właśnie pomyślałam, że chcę wymyślić coś równie wspaniałego. Coś, co ludzie będą czytać długo po mojej śmierci.

Dodam również, że do powstania „Mroku” przyczyniły się moje dzieci, czy też raczej strach, który odczuwa każda matka. Strach, że coś złego mogłoby je spotkać.

To była historia pisana spontanicznie, czy miałaś najpierw opracowany plan, rozpisane sceny, zrobione charakterystyki bohaterów itp?

Zawsze byłam kiepska w planowaniu, ale przy pierwszym szkicu „Mroku” rzeczywiście rozplanowałam sobie całą strukturę powieści. Co prawda później okazało się, że jestem typem pisarza, który pozwala bohaterom się prowadzić i zmieniać niektóre fragmenty fabuły. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się opracowywać całych charakterystyk bohaterów. Rzeczywiście mam plik z postaciami z Zaprzysiężonych, lecz bardziej na potrzeby promocji czy też znalezienia odpowiedniej okładki, niż dla mnie. Ja bardziej czuję moich bohaterów, jednak nieważne, jak długo już są ze mną, chyba nigdy nie uda mi się ich w pełni poznać.

Teraz moje planowanie wygląda zupełnie inaczej. Znam co prawda początek i zakończenie cyklu (jeszcze nie zdarzyło mi się napisać powieści jednotomowej), jednak to co w środku ciągle się zmienia. Jestem zwolennikiem planowania kilku, kilkunastu scen do przodu z zachowaniem najważniejszych, że tak powiem check pointów, aniżeli ścisłe trzymanie się wcześniej opracowanej fabuły.

Wtedy jest o wiele ciekawiej.

Niedługo (mam nadzieję) będziemy mogli przeczytać drugi tom o Laureen i Sigarze pt. "Iskra". Ile czasu zajęło Ci pisanie pierwszej i drugiej części?

Również mam ogromną nadzieję, że szybko doczekamy się kontynuacji przygód Lori i Sigarra! Natomiast co do pytania, ciężko mi to określić, ponieważ sam akt pisania pierwszych wersji trwa u mnie zazwyczaj kilka miesięcy na jeden tom. Jednak na tym nigdy nie kończy się moja praca nad książką. Zazwyczaj jeszcze zanim wyślę wydawcy tekst, wysyłam go do moich zaufanych bet, które czytają go i wskazują błędy, zarówno te logiczne jak i językowe. Później dopiero wprowadzam poprawki i wysyłam – ale zawsze po analogowym poprawianiu błędów. Wtedy widzi się najwięcej.

Z „Iskrą” sytuacja wyglądała jeszcze inaczej, gdyż w pierwszej wersji… była prawie dwa razy dłuższa niż obecnie, a i teraz do najchudszych nie należy. Zdecydowaliśmy z wydawcą, że najprawdopodobniej nie zmieszczę się w trzech tomach, dlatego rozbiliśmy tom drugi na dwa.

Na ile części masz przewidzianą serię o Zaprzysiężonych?
Z powodu rozbicia „Iskry” na dwa tomy miałam dwie możliwości: albo spróbować zmieścić się w czterech częściach, albo postawić na pięcioksiąg. Wtedy właśnie nadszedł czas, by poważnie zastanowić się nad strukturą całej powieści. A także nad zakończeniem każdego tomu – bardzo ważne są dla mnie cliffhangery [dop. zabieg fabularny, polegający na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia], które umieszczam na końcu każdej książki.

I dlatego stanęło na pięciu księgach.

 A skoro już przy nich jestem, to na czym wzorowałaś się tworząc tę grupę oraz ich przeciwników Potępionych?

Chyba od zawsze fascynowała mnie walka sił dobra z siłami zła. Anioły i demony. Dobrzy i źli. Zaprzysiężeni sprawiedliwości i potępieni przez żyjących. Uwielbiam dualizm, a także, gdy bohaterowie przepełnieni są wieloma odcieniami szarości. Raczej nie znajdziecie u mnie postaci stricte dobrych, czy złych. Bo złymi się stajemy z jakiegoś powodu. A nasza własna historia ma w tym spory udział.

Każdy z głównych bohaterów jest bardzo indywidualny i charakterystyczny. Skąd czerpałaś na nich pomysły?

Oni do mnie przychodzą. Dlatego tak właśnie lubię pisanie spontaniczne. Nie wymyślam na siłę jakiejś postaci, po prostu piszę kolejną scenę, zastanawiając się, kto ciekawy dzisiaj do mnie przyjdzie. Czuję moment, kiedy powinnam kogoś wprowadzić na scenę i zazwyczaj chwilę po nim pojawia się odpowiednia osoba. Zazwyczaj na początku niedopracowana, ale w miarę pisania poznaję ją coraz lepiej, aż znam zarówno jej słabe, jak i mocne strony.

Ale na pewno te wszystkie pomysły gdzieś tam we mnie tkwiły po przeczytaniu wspaniałych książek, czy wciągających filmów – musiały tylko dojrzeć, bym mogła przedstawić je światu.

Dlaczego zdecydowałaś się wydać ponownie "Mrok"? Nie byłaś zadowolona z poprzedniej wersji? Chociaż akurat jeśli o mnie chodzi to świetnie się złożyło, bo dzięki temu mogłam poznać "Mrok" i się w nim zakochać :)

Tak naprawdę to nie była wyłącznie moja decyzja. Wraz z wydawcą przegadaliśmy wszystkie za i przeciw, i stwierdziliśmy, że w siostrzanym wydawnictwie Inanna „Mrok”, jak i cali „Zaprzysiężeni” powinni się lepiej odnaleźć. Lepiej dobrany target, lepszy marketing i te sprawy. Z początku w tekście nie miało być żadnych zmian, jednak gdy dostałam tekst do poprawy… Nie umiałam niczego nie zmienić. Zapytałam wydawcy, czy mam zmieniać tylko „przecinki”, czy wszystko co uważam za słuszne. Stanęło na tym drugim, a gdy pisarz siada po tak długim czasie do swojego tekstu ma ochotę wszystko pozmieniać. Może i zmiany nie były tak drastyczne, ale jednak znaczące i dzięki nim nowy „Mrok” jest znacznie lepszy od pierwszej wersji.

No i gdyby nie ponownie wydanie, wielu nie poznałoby „Mroku” i nie mogłoby się w nim zakochać. J

Kiedy czytelnicy będą mogli sięgnąć po "Iskrę"?

Pomimo licznych przesunięć mam nadzieję, że już na początku roku. Ale obiecuję wam, że warto czekać.

Tworzysz tylko fantastykę, czy sięgasz również po inne gatunki? Wiem, że w antologii "Siła jej piękna" można znaleźć opowiadanie Twojego autorstwa. Lubimy Czytać pokazało mi jeszcze jedną antologię, w której można znaleźć Twoje opowiadanie - "Oblicza śmierci", opowiesz o nim coś więcej?

Kiedyś sądziłam, że potrafię tworzyć wyłącznie fabuły fantastyczne, jednak zdecydowałam się spróbować swoich sił również w innych gatunkach. Choć nie powiem, było ciężej. Z początku nie potrafiłam znaleźć odpowiedniej historii, gdyż każda wydawała mi się mało ciekawa i już dawno opowiedziana. Jednak w końcu zrozumiałam – nawet powieści romantyczne w moim wykonaniu dalekie są od prostych i – mam nadzieję – schematycznych.

W „Sile jej piękna” możecie zapoznać się z moją bardziej obyczajową stroną. Tak samo jak w „Obliczach śmierci”, gdzie oprócz mojego opowiadania znajdziecie również moje wiersze. „Oblicza śmierci” to antologia charytatywna, w której miałam zaszczyt wziąć udział. Mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze nieraz będę mogła pomagać dzięki swojemu pisaniu.

Jak zmieniło się Twoje życie po wydaniu książki i staniu się rozpoznawalną autorką?

Nie jestem pewna czy stałam się rozpoznawalną autorką, choć rzeczywiście ogromnie miłe jest otrzymywanie wiadomości od blogerów czy też fanów, którym „Mrok” się spodobał. To właśnie w takich chwilach wiem, że nie piszę na marne, bo jednak moje historie do kogoś docierają. I właśnie takie wiadomości motywują do dalszego tworzenia bardziej niż jakiekolwiek wyniki sprzedażowe.
Moje życie nie zmieniło się drastycznie. Nadal piszę – choć więcej i, mam nadzieję, lepiej. Nadal wyskakuję z lodówki – cóż poradzić, lubię to. ;) Nadal jestem optymistką, która wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych, a ciężką pracą można osiągnąć wszystko.

Chociaż jednocześnie ogromnie zmieniła się moja świadomość jako pisarza. Samo pisanie jest zupełnie inne i mam wrażenie, że pełniejsze. Wiem, co chcę przekazać i mam nadzieję, że przynajmniej garstka czytelników zobaczy w moich powieściach to, co sama w nich widzę.

Co po cyklu Zaprzysiężeni? Jakiś nowy projekt?

Och, projektów mam całkiem sporo! Na pierwszy ogień idzie pierwszy tom romansu sensacyjnego „Nim nadejdzie świt”, więc jak sami widzicie daleko mu do fantastyki. Ale nie odchodzę od niej daleko, gdyż ciągle pracuję nad kilkoma dwoma cyklami fantastycznymi YA, a także jednym ogromnym projektem high fantasy.

Nie lubię siedzieć bezczynnie – i chyba nie umiem. ;)

Jakie masz plany wydawnicze (i nie tylko) na rok 2020?

Na chwilę obecną w 2020 roku pojawić się powinna „Iskra” oraz romans sensacyjny „Nim nadejdzie świt” o parze skrzypków. Co dalej? Nie jestem w stanie powiedzieć w jakiej kolejności, ale mam nadzieję, że każda z moich książek doczeka się wydania, prędzej czy później. Mowa tu o „Kronikach Słów: Szeptaczka” (urban fantasy YA), „Patesco Anima: Dusza Ostatniej Szansy” (fantasy YA), „Obleczonych w Czerń” (high fantasy), a także moim najnowszym projekcie „Monarchy”, o którym na razie powiem tylko tyle, że tak jak daleko mu do fantastyki, tak przepełnia go magia.

Dlatego miejcie oczy i uszy szeroko otwarte, gdyż z pewnością jeszcze nie raz o mnie usłyszycie. ;)

Dziękuję Ci za wszystkie odpowiedzi, czas poświęcony na ich udzielenie i życzę sukcesywnie powiększającego się grona czytelników.




sobota, 30 listopada 2019

"Kruk andaluzyjski" Katarzyna Dryńska - recenzja

Witajcie 


Przeczytanie "Kruka andaluzyjskiego" zajęło mi dwa popołudnia co świadczy o tym, że jest przyjemną lekturą, a już z pewnością taką, którą czyta się w miarę szybko. Po skończonej lekturze długo zastanawiałam się co ja, do licha ciężkiego, mam o niej napisać? Kiedy jednak usiadłam przed pustą stroną słowa same pojawiały się w mojej głowie. Rezultat możecie przeczytać poniżej.

Wydawnictwo Oficynka dziękuję za egzemplarz do recenzji.


"Kruk andaluzyjski"
Katarzyna Dryńska


Stron: 224
Gatunek: zaklasyfikowana jako thriller/sensacja/kryminał (moim zdaniem obyczajowa z pewnymi elementami sensacji)
Wydawnictwo Oficynka

Opis wydawcy:
Redaktor Ewa Mulner podejmuje się odszukania zaginionego w Wenezueli małżeństwa Majchrzaków, które ma niejasne powiązania z rodziną Hugo Chaveza, i napisania na ten temat reportażu. Sprawa nie jest prosta, a wkroczenie na tereny objęte działaniami partyzantów wyjątkowo niebezpieczne. Czy determinacja Ewy wystarczy, by rozwikłać zagadkę zaginięcia? Jak daleko posunie się dziennikarka?

***

Moja opinia

Opis  umieszczony na tylnej stronie okładki sugeruje nam powieść awanturniczo - sensacyjno -przygodową. Czy tak jest w istocie? Jeśli mam być szczera to podczas lektury poczułam się rozczarowana i to przez duże r. Na stronach księgarni pozycja ta figuruje jako gatunek thriller/kryminał/sensacja. A ja bym powiedziała, że to książka bardziej obyczajowa z pewnymi elementami sensacyjnymi.

***

Dziennikarka prestiżowego pisma Ewa Mulner podejmuje się odnalezienia zaginionego w wenezuelskiej dżungli  polskiego małżeństwa Majchrzaków. Sprawa nie jest prosta, a w dodatku niebezpieczna, ponieważ wymaga wkroczenia na tereny objęte działaniami partyzantów. 

Brzmi fajnie, prawda? Zapowiada się akcja. 
Gdzieś tak w połowie książki, gdy mowa o grupie najemników, pomyślałam sobie "oho, będzie się działo, nareszcie coś innego niż gadka szmatka, z której trzeba wysupływać istotne informacje". Tak na marginesie dodam, że uwielbiam książki Rollinsa (akcja, sensacja, niebezpieczeństwo, grupa zadaniowa itp.) i chyba czegoś zbliżonego oczekiwałam. Zrobiło się owszem trochę ciekawiej, ale niewystarczająco i do dalszego czytania popychała mnie tylko ciekawość co spotkało poszukiwane małżeństwo.

***

Miałam wrażenie, że owo poszukiwanie, którego nawet nie prowadzi Ewa, tylko jej zaufany przyjaciel (ona tylko pisze reportaż na podstawie rezultatów jego działań i wyjeżdża do Malagi), jest tylko pretekstem. Pretekstem do przedstawienia skomplikowanych relacji międzyludzkich, emocji, zadawnionych krzywd; do zabrania czytelnika na południe Hiszpanii i ukazania bogactwa kulturowego tamtego rejonu.

Chciałam razem z Ewą jechać do tej Wenezueli i szukać Majchrzaków, chciałam borykać się wraz z nią z przeciwnościami, bo jednak Wenezuela to nie jest raj na ziemi, chciałam odkryć przyczynę zniknięcia Polaków. Chciałam tego, bo tak sugerował mi opis i takie były moje oczekiwania. I na chceniu się skończyło, niestety.

***

Jednakże kiedy odrzucić zawiedzione nadzieje, specyficzne prowadzenie fabuły i przestawienie jej z torów prowadzenia poszukiwań na wewnętrzne rozterki i dylematy bohaterów otrzymujemy całkiem niezłą, oryginalnie napisaną powieść obyczajową, miejscami wręcz mocno psychologiczną, z elementami przygody i sensacji.  Wówczas cała książka nabiera zupełnie innego znaczenia.

Styl autorki określiłabym jako dość nietypowy, szczególnie w prowadzeniu narracji, ale nietypowy w tym wypadku nie znaczy zły, czy gorszy od innych. Jest oryginalny i wciągający, a bohaterowie prowadząc rozmowę  odkrywają przed czytelnikiem swoją inteligencję i erudycję, głównie tyczy się to Ewy i Piotra.

***

Jeśli miałabym coś powiedzieć o bohaterach, to Ewy, którą traktowałam jako główną bohaterkę, nie polubiłam. Chociaż nie sposób odmówić jej wdzięku, sprytu, odwagi i nonszalancji, która na swój sposób emanuje tajemniczością i smutkiem (tak ją odbierałam) to wydawała mi się jako bohaterka mało intrygująca.

W przeciwieństwie do Anny, o której im dalej w treść tym dowiadujemy się więcej. O tak, Anna, była intrygująca, zagadkowa, może dlatego, że choć traktowałam ją jako pełnoprawną bohaterkę i ważny element tej historii wszystko odbywało się jakby poza nią, była tematem rozmów, ale ona sama na kartach powieści pojawiała się niezwykle rzadko.

Pełen tajemnic Piotr, który ma dostęp wszędzie i do wszystkiego jest cóż... intrygujący, miejscami wkurzający z tym byciem panem sytuacji. Początkowo jawił mi się jako tajny agent, nieujawniający się sojusznik, być może nawet kochanek. Jak widać od początku moje oczekiwania i wizje nijak się miały do zastanej rzeczywistości.

***

Prawdę mówiąc "Kruk" był jedną z tych książek, po których przeczytaniu miałam wrażenie, że czegoś w niej nie zrozumiałam. Że nie wyłapałam pewnych niuansów, czegoś co autorka tak zawoalowała, że tego nie dostrzegłam. I może tak jest. Lubię, gdy prawda objawia mi się "sama" (wiadomo nie sama, tylko autor w tak umiejętny sposób prowadzi fabułę), ale tutaj nadmiar tajemniczości i niedomówień, spraw z przeszłości napomykanych po trochu to tu, to tam sprawił, że czegoś ewidentnie wyłapałam, a przynajmniej takie jest moje odczucie po lekturze.

***

Kończąc (a wydawało mi się, że nie będę miała wiele do powiedzenia o tej książce) i sumując moje wywody to "Kruk andaluzyjski" (powinnam wspomnieć o tytule, który nijak się ma do treści, ale już sobie daruję) ciekawa, wciągająca lektura, napisana barwnym stylem, z interesującymi dialogami (o tak, dialogi w tej powieści są naprawdę super napisane) i nieco mniej interesującymi bohaterami. Wspomniane w opisie poszukiwanie polskiego małżeństwa jest wabikiem sugerującym powieść o zupełnie innym charakterze niż jest w rzeczywistości.  

Czy polecam? Z pewnością warto przeczytać dla stylu autorki, może nie jest wybitny, ale wart zapoznania, a sama historia? Mnie wciągnęła i sprawiła, że zachciało mi się pospacerować po Maladze. Więc nie powiem Wam jednoznacznie sięgnijcie, nie zawiedziecie się. Powiem Wam sięgnijcie i przekonajcie się sami, koniecznie mając na uwadze, że opis nieco zwodzi na manowce.

piątek, 29 listopada 2019

BOOK TOUR z książką "Kiedy znów zaświeci słońce" Marlena Rytel - recenzja

Dzień dobry, Kochani


Mam za sobą trudną lekturę autorstwa Marleny Rytel. To jej "dorosły" debiut, bowiem autorka ma za sobą kilka publikacji dla dzieci. "Kiedy znów zaświeci słońce" porusza temat alkoholizmu, braku miłości, utraty dziecka i przemocy domowej. Nie czyta się lekko tej powieści, ale nie można jej odmówić fabuły skonstruowanej tak, że wciąga i trzyma aż do ostatniej strony.

Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki udziałowi w akcji booktour zorganizowanej przez Ewelinę Kwiatkowską-Tabaczyńską, znaną również jako Zaczytana Ewelka, którą znajdziecie tutaj oraz tutaj.

"Kiedy znów zaświeci słońce"
Marlena Rytel


Stron: 305
Gatunek: obyczajowa
Wydawnictwo Novae Res

Opis wydawcy:
"Sfrustrowany alkoholik, uwikłana w romans oraz uzależnienia żona i matka, wołająca o pomoc ofiara przemocy domowej, pozbawiona miłości rodzicielskiej dziewczyna... Co się stanie, gdy sprawcy i ofiary spotkają się ze sobą? Czy będą w stanie ułożyć sobie życie na nowo? Czy da się powstrzymać machinę strachu i cierpienia? Splątane losy bohaterów książki M.Rytel ukazują świat, w którym przemoc zaczyna się od drobnych gestów i pozornie niewinnych żartów, a kończy na niebezpiecznej walce o przetrwanie. Poruszające historię stworzone przez autorkę to emocjonalny apel o wyjście ze strefy komfortu i Solidarność z tymi, którzy każdego dnia toczą wojny ze sobą i światem. Być może ktoś z nich mieszka za ścianą twojej sypialni?"

"Kiedy znów zaświeci słońce" Marlena Rytel


Biorąc do ręki książkę Marleny Rytel utrzymaną w przyjaznych, pozytywnych pomarańczowych barwach może się wydawać, że sama powieść jest taka. Opis sprowadza nas na ziemię i wiemy już, że czeka nas bolesna i trudna lektura.

***

"Czy ojciec pijak do dobry powód, by pić? By się staczać? Oczywiście, że nie! Każdy jest odpowiedzialny sam za siebie."

***

"Kiedy znów zaświeci słońce" to "dorosły" debiut autorki i automatycznie nasuwa się pytanie czy udany. Moja odpowiedź brzmi: jak najbardziej.
Autorka zdecydowała się wybrać trudną tematykę na swoją książkę: alkoholizm, utrata dziecka, przemoc domowa, brak miłości, samotność. Fabuła podzielona jest pomiędzy kilku bohaterów, z których każdy boryka się z trudnym, życiowym dramatem. I tak poznajemy Agnieszkę, Katarzynę, Zdzisława i Patrycję. Ich losy nie są przedstawione czytelnikowi w całości, rozdziały z poszczególnymi bohaterami przeplatają się ze sobą, tym samym wzbudzając większe zaciekawienie i chęć poznania dalszych ich losów.

Książka nie jest zbyt duża objętościowo, bohaterów zaś sporo i tym co, nie tyle mi zaimponowało dowiodło, że autorka ma talent to umiejętność do tworzenia ludzkich historii na stosunkowo niewielu stronach ,które są spójne i konkretne, a każda z nich mogłaby posłużyć za podstawę do osobnej powieści. Prowadzone dialogi są naturalne, swobodne i jak najbardziej realistyczne, łącznie z nielicznymi wulgaryzmami, które znalazły się w książce.  Owszem, niektóre opisy zdawały mi się nieco przydługie i prześlizgiwałam się po nich wzrokiem, ale na szczęście nie było dużo takich momentów. Jednakże tym co uznałabym za element zbędny (choć bez wątpienia zaskakujący) był pewien wątek z ciotką Agnieszki.

***

"Nie należy wiązać się z nikim z powodu pustki w życiu. Z powodu samotności. Samotność to najgorszy doradca."

***

Tak sobie siedziałam i myślałam nad tą książką i doszłam do wniosku, że jest jak prawdziwe życie. Czytając wkraczamy w świat w ludzkich dramatów, przemocy, krzywdy, łez; odczuwamy współczucie, wzruszenie ściska nam gardło i pewnie niejednokrotnie wyciska łzy z oczu; czujemy wściekłość, niektórymi bohaterami chcielibyśmy potrząsnąć, gniew, złość, żal, że życie potrafi być tak niesprawiedliwe, tak wstrętne i cholernie trudne. 

I kiedy zmieniamy kolejną stronę i widzimy część drugą o tytule, który daje nadzieję, to przynajmniej w moim sercu zrodziła się naiwna nadzieja, że losy bohaterów odmienią się w jakiś cudowny sposób, bo to przecież fikcja, bo autorka ma moc tworzenia... i mogłaby to zrobić. Robi to, ale nie tak jak byśmy sobie tego życzyli, jakbym ja sobie tego życzyła. Bo takie właśnie jest prawdziwe życie. Tu nie ma jednoznacznych happy endów, czasem nie ma ich w ogóle, czasem są, ale nie takie jak je sobie wyobrażaliśmy.

***

"Kiedy znów zaświeci słońce" to książka bolesna w każdym calu, choć napisana prostym językiem, trafiającym do każdego czytelnika, to czyta się niezwykle ciężko. Autorka daje swoim bohaterom nadzieję, szansę na lepszy los, na zmianę, jednak postaci przez nią stworzone są różnorodne, jedne silniejsze, inne słabsze. Nie dla każdego z nich zaświeci słońce.

Ale to nie jest tak, że ta powieść jest tylko o smutku, tragedii i złych rzeczach. Jest też o sile, którą trzeba w sobie odnaleźć, by dalej iść przez życie. Jest o umiejętności przyznania się do swoich wad, słabości i przyznać przed samym sobą, że się zawiodło. Jest o wzajemnej pomocy, pokazuje, jak dobry wpływ ma grupa wsparcia.

***

"Nie oceniaj człowieka po jego przeszłości. Liczy się teraźniejszość."

***

Historie stworzone przez Marlenę Rytel mogą być historiami ludzi, których mijamy każdego dnia na ulicy, niejednokrotnie naszych sąsiadów, znajomych. Każda z osób, która staje na naszej drodze może mieć za sobą bolesną i trudną przeszłość. Nie oceniajmy po tym jaka ta przeszłość była, liczy się to kim jesteśmy teraz.

Czy polecam? Tak, o ile lubi się takie historie. Plusem są lekki język, naturalność i talent autorki do tkania ludzkich historii. Moja ocena 7/10.


czwartek, 28 listopada 2019

UWAGA! Wywiad z Magdaleną Czmochowską, autorką "Cholernej książki" :)

Dzień dobry, Kochani


"Cholerna książka" już za mną, recenzja napisana, ale ciągle moje myśli wracają do jej zakręconej bohaterki - Maryśki. z pewnością jest to również jedna z tych książek, z którymi nie chcę się rozstawać, by móc sobie ją wertować i czytać fragmenty na chybił trafił.

Nie bez powodu piszę o "Cholernej książce", chcę Was zaprosić na wywiad z jej autorką - Magdaleną Czmochowską, możecie ją znaleźć na Facebooku tutaj i tutaj :)


Wywiad z:

Magdalena Czmochowska


1. Jak dużo jest Magdaleny w Marii?

Wstyd się przyznać, ale bardzo dużo. Jestem tak samo „zakręcona” i roztrzepana. Historia z kluczami zostawionymi w zamku od zewnątrz jest z życia wzięta, niestety. Ostatnio byłam tak zamyślona, że umyłam się szamponem. Trochę kiepsko, prawda? Mogłabym śmiało rzec, że Maryśka to ja, ale… ja nie mam tak bujnego życia towarzyskiego. Faceci? Jacy faceci? Nie mam czasu, piszę książkę, robię notatki, albo rozpisuję konspekt kolejnej. Jednakże, tak jak Maryśka, mam cudownych, najlepszych na świecie przyjaciół, którzy nie pozwalają mi upaść; podnoszą mnie nawet kiedy sami cierpią na deficyt siły. Są dla mnie jak rodzina.

2. W jakich okolicznościach zrodził się pomysł na "Cholerną książkę"?

Pomysł, aczkolwiek bardzo nieśmiały, „chodził” za mną od wielu lat. Piszę, odkąd sięgam pamięcią. Zaczynałam od pamiętnika, w którym wylewałam wszystkie swoje lęki i frustracje. Notowałam to, co mnie wkurzało, bolało, ale także cieszyło ponad miarę; jak na przykład to, co wyprawiali moi synowie – swojego czasu było to nieustającym źródłem inspiracji (śmiech). Pisałam opowiadania. Moim nieskromnym zdaniem całkiem niezłe. Pisałam bajki dla dzieci. Ale nie miałam odwagi wziąć się za pisanie tak na serio. Pewnie dlatego, że od zawsze miałam (i mam) manię porównywania się z innymi. Do głosu dopuszczałam Wewnętrznego Niedowiarka, który wciąż powtarzał mi, że nie dam rady, nie umiem pisać. Do chwili, kiedy moja przyjaciółka Beata nie szturchnęła mnie znacząco i nie rozkazała: „Ty musisz napisać książkę!”. Potem włączyli się inni i na odczepnego rzuciłam: „Dobra, napiszę tę cholerną książkę!”. I co, Niedowiarku? Napisałam!

3. Dlaczego padł wybór na taką tematykę?

Myślę, że dla debiutującego pisarza najłatwiejszym wyborem (i – jak w moim przypadku – po prostu oczywistym) jest pisanie o tym, co zna się od podszewki. O własnym życiu, rozterkach, kretyńskich decyzjach, marzeniach. O otaczającej rzeczywistości. Dlatego sięgnęłam… po siebie. Moi synowie zapewne nie będą szczęśliwi, jeśli to przeczytają, ale dziewięćdziesiąt procent sytuacji opisanych w książce z udziałem dzieci, wydarzyło się naprawdę. Co chyba stawia mnie w kiepskim świetle jako matkę (śmiech). Jestem teraz na finiszu szóstej książki. I jest to kolejna powieść obyczajowa, pełna niedoskonałych bohaterów i wszystkich możliwych emocji. Choć raz „popełniłam” thriller fantasy, nie sądzę, żebym znowu zrobiła sobie wycieczkę po wyobraźni. Wolę tematy bliskie, prawdziwe, z życia wzięte.

4. Jak długo trwało pisanie książki?

Muszę odświeżyć pamięć (śmiech). Pisałam codziennie, aczkolwiek nie trzymałam się w jakiś ilościowych ryzach, bo wtedy nie umiałam wykształcić w sobie aż takiej rutyny. Czasami było to kilka stron, czasami kilka zdań – ale jakże ważnych dla fabuły! „Cholerna książka” zabrała mi pięknych sześć miesięcy życia. Niczego nie żałuję!

5. Czy postacie z "Cholernej książki" mają swoich pierwowzorów w rzeczywistości?

Mają! Oczywiście, że mają! Ale nie mogę zdradzić kto jest kim, bo nie dość, że ochrona danych osobowych, to jeszcze ludzka, przyjacielska lojalność. „Cholerną książkę” pisałam dla przyjaciół, więc naturalnym procesem było wcielenie ich w (nie powiem których!) bohaterów. Założyłam nawet tajną grupę na Facebooku, gdzie wklejałam każdy świeżo napisany rozdział. I jak już kiedyś powiedziałam; z komentarzy mogłabym stworzyć osobną powieść i to dopiero byłaby karuzela śmiechu. Dzisiaj wszyscy wspominamy te czasy z rozrzewnieniem, bo bawiliśmy się świetnie. Ja – pisząc o „ich” przygodach, moi przyjaciele – przeżywając to, co wyprawiali ich książkowi odpowiednicy.

6. Twoje ulubione miejsce do pisania to...?

Fotel przy łóżku (śmiech). Kiedyś miałam biurko, żeby dodać sobie powagi i prestiżu, ale wierciłam się na krześle jakbym miała owsiki. A na fotelu mogę rozsiąść się jak królowa, położyć nogi na podnóżek, laptopa rzucić na kolana i pisać. Co więcej; mogę otulić się kocem kiedy tylko zechcę, a to jest nie do przecenienia.

7. Masz swoje rytuały podczas tworzenia? Ulubione miejsce, muzyka, kubek itp.

Miejsce to fotel, rzecz jasna. Kubek z kawą obowiązkowo, bo bez kawy ani rusz. I muzyka! Nie umiem pisać w ciszy, cisza mnie denerwuje, wprowadza dziwaczny niepokój. Podczas pisania „Cholernej książki” jak opętana słuchałam Thievery Corporation i śmiało mogę rzec, że towarzyszyli mi przez caluśkie pół roku tworzenia. Kiedy pisałam ów dziwny thriller fantasy, z racji fabuły słuchałam wielu kompilacji z odgłosami burzy, deszczu i huku morskich fal. Mam nadzieję, że kiedyś czytelnicy będą mieli możliwość, aby sami ocenić, czy dobrze oddałam klimat.

8. Piszesz od razu na komputerze, czy może robisz jakieś zapiski w notesach, na karteczkach itp.?

Wyrobiłam w sobie nawyk noszenia notesu wszędzie. Jeden zawsze mam pod poduszką, drugi w torebce, bo nigdy nie wiem, kiedy strzeli we mnie złota myśl. Dlatego pisanie nowej książki zaczynam od skrobania w notesie. Karteczek nie używam. Zresztą jak mogłabym, skoro mam tendencję nawet do gubienia prześcieradeł w domu, więc jak miałabym znaleźć małą karteczkę? (śmiech). Drugim dobrym nawykiem jest tworzenie osobnego pliku na notatki do książki. Wpisuję tam często całe dialogi, zakończenia, nowych bohaterów. To prawdziwa kopalnia wiedzy!

9. Czym zajmujesz się, gdy nie stukasz w klawiaturę?

Kiedy nie piszę, czytam. Kiedy nie piszę i nie czytam, to jestem pochłonięta domowymi obowiązkami i tym, żeby jakoś przetrwać kolejny dzień. Bardzo lubię gotować. Niechcący stałam się mistrzynią zero waste, bo z lodówkowych resztek potrafię wyczarować naprawdę dobry obiad, czy sałatkę. To nie przechwałki, po prostu bardzo nie lubię marnować jedzenia. A kiedy nie piszę, nie czytam, nie gotuję i nie robię wszystkich tych dziwnych rzeczy (śmiech), to obmyślam fabułę kolejnej książki.

10. Książki, które polecasz do przeczytania to...?

„Kotka i generał” Nino Haratischwili, oraz „Ósmy dzień” tej samej autorki. Nino jest magiczna, operuje piórem w przepiękny, poetycki sposób. „Kotka i generał”, a wiem to choć rok kalendarzowy jeszcze się nie skończył, wygra w moim małym rocznym rankingu przeczytanych książek. Nic tej powieści nie przebije, a ja dawno nie czytałam tak poruszającej książki. Polecam także „Książkę, której nie ma” Santiago Pajaresa. Mówię o niej chyba wszędzie i głośno, bo jest cudowna, ciepła, emocjonalna i bardzo malarska. A to cenię sobie wyjątkowo. Ponieważ jestem fanką kryminałów, gorąco polecam całą serię z komisarzem Harry’m Hole Jo Nesbø i, oczywiście, serię o policjantach z Lipowa Katarzyny Puzyńskiej.Uwielbiam „Wzgórze psów” J. Żulczyka. W powieściach Katarzyny Bondy mogę się zaczytywać do wypęku; niesamowita trylogia z profilerem Hubertem Meyerem, czy „Cztery żywioły Saszy Załuskiej” są dla mnie majstersztykami. Fantastyczna, taka w moim stylu, jest „Być może kiedyś” Lauren Graham – można kwiknąć ze śmiechu i polecam tym, którzy lubią się pośmiać podczas lektury. Książki Izabeli Sowy też są cudowne, szczególnie owocowa seria. Tak samo „Z widokiem na Castello” czy „W poszukiwaniu zapachu snów” Iwony Menzel. I ponieważ w podnieceniu spowodowanym udzieleniem pierwszego w moim życiu wywiadu dla Bookniętych, zapomniałam o trzech wspaniałych autorkach, robię to teraz. Polecam jak najgoręcej „Kalendarz z dziewuchami” Ady Johnson; ciepłą babską powieść z niesamowitym szkockim wątkiem, a także mocne, dobre i wciągające (i to jak, cholera!) fantasy: „Klątwę przeznaczenia” i „Koronę przeznaczenia” duetu Moniki Magoskiej-Suchar i Sylwii Dubieleckiej. Pamiętajcie, warto sięgać po polskich autorów.

11. Jaka książka rozczarowała Cię ostatnio?

„Cari Mora” Thomasa Harrisa. I pytam grzecznie: „Co to, kurde, było?”. Jak kocham książki, jak bardzo szanuję autorów, to „Cari Mora” jest po prostu jakimś dziwacznym literackim ochłapem. To nawet nie było rozczarowanie, ale dziura w sercu. Wszak po autorze epickiego „Milczenia owiec”, „Hannibala” i „Czerwonego Smoka” można było się spodziewać powieści, która powoduje migotanie przedsionków, prawda? „Milczenie owiec” stawiało wszystkie włosy na rękach, „Cari Mora” postawiła zaś pytanie: „Jak on mógł to napisać”? Mam ogromny niesmak.

12. "Cholerna książka" już wydrukowana i dostępna, pracujesz nad czymś nowym?

Ja cały czas coś piszę. W zeszłym roku pisałam nawet dwie książki jednocześnie, bo taką miałam wenę. Wiosną ukaże się piękny projekt wydawniczy, przy którym miałam zaszczyt współpracować. Póki co objęty jest tajemnicą, ale będę dawkować emocje i informacje już od stycznia (śmiech). Nie jest to powieść, tyle mogę zdradzić, ale będzie dużo do czytania. Do refleksji. Do wyklejania, notowania, do podnoszenia na wyższy level swojego samopoczucia. I ciiii, nic już nie powiem. Poza tym projektem, jak już wspomniałam, siedzę nad szóstą książką. Jestem niemal na finiszu, a że historia jest dość ciężka, piszę z większym namysłem, ostrożnie. I pierwszy raz prowadzę narrację w osobie trzeciej. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Dodam tylko, że konspekt siódmej książki mam już rozpisany.

13. Można znaleźć Cię również na booknięci.pl. Opowiedz coś więcej o tym portalu.

Och, Booknięci! To najwspanialsza ekipa ludzi, którzy kochają książki. Uwielbiamy czytać, tak samo jak uwielbiamy pisać. Nie tylko recenzujemy książki czy filmy, bo nasza siła to przede wszystkim dobre, mocne, pisane z serca artykuły. Dotykamy bardzo emocjonalnych, ważnych tematów i w każdym zostawiamy cząstkę duszy. Jesteśmy rodziną, służymy sobie wsparciem, pomocą, poradą. Wśród Bookniętych czuję się jak w domu. Potrafimy wspólnie przeżywać mnóstwo rzeczy, ale także śmiać się do bólu dziąseł. I to jest piękne! Poza tym rozwijamy się intensywnie, mamy mnóstwo pomysłów i jestem pewna, że naszych Czytelników i Obserwatorów zaskoczymy nie raz. Pozostaje mi tylko zachęcić wszystkich do śledzenia nas na Facebooku („Nie mówimy tego, co czujemy. Nie czujemy tego, co mówimy”, „Booknięci”, grupa „Nie mówimy – czytamy”), na Instagramie i You Tubie. Booknięci, jeśli mogę tak to ująć, tworzą niezwykle przyjazne środowisko dla wszystkich. Jesteśmy przyjaźni, twórczy, mamy swoje pasje, a ekipę tworzą wspaniałe osobowości. Po prostu nie można nas nie kochać!.


Dziękuję za poświęcony czas na udzielenie odpowiedzi na moje pytania. Życzę Ci wielu czytelników "Cholernej książki", a także weny i czasu na pracę nad kolejnymi projektami. :)