sobota, 24 sierpnia 2019

Nie tylko niegodziwi i nie tylko śmiertelnicy, czyli recenzja "Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" Aarona Mahnke


Kochani, 
dawno nie było recenzji, drugie zmiany skutecznie wycinają mnie z pisania, bo raz, że nie mam czasu, a dwa, nawet gdyby czas się znalazł nie mam siły. Niniejsza recenzja została napisana już jakiś czas i niedawno pojawiła się na portalu sztukater.pl. 


"The world of lore. Niegodziwi śmiertelnicy"Aaron Mahnke


Seria: Lore
Stron:392
Gatunek: tu jest pewien problem... jak dla mnie to w większości literatura faktu, Lubimy Czytać klasyfikuje książkę jako młodzieżową, a portal sztukater.pl jako horror (i bądź tu mądry)
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Opis wydawcy:
Mrożąca krew w żyłach, zabawnie ilustrowana książka o najgorszych ludziach, którzy chodzili po świecie.

Niektóre potwory są tylko wytworami naszej wyobraźni, zaś inne są równie rzeczywiste jak ciało i krew: ludzie pozornie tacy sami jak my, żyjący wśród nas, często niezauważani, czasem nawet podziwiani, dopóki ich niegodziwe czyny i tajemnice nie wyjdą na jaw.W tym bogato ilustrowanym dziele gospodarza bestsellerowego podcastu znajdziecie opowieści o takich niesławnych postaciach, których zbrodnie przypominają nam, że prawda bywa bardziej przerażająca od fikcji. Aaron Mahnke przedstawia nam Williama Brodie, szanowanego szkockiego meblarza, wykorzystującego swój fach do żerowania na obywatelach Edynburga i skrywającego swoją zbrodniczą naturę pod maską szacownego obywatela, którego Robert Louis Stevenson opisał w swojej słynnej powieści jako doktora Jekylla i pana Hyde’a. Poznamy również H.H. Holmesa, nieuchwytnego oszusta, lepiej znanego jako postrach wystawy światowej w Chicago w roku 1893, podczas której przyjmował niczego nie podejrzewających gości do swojego koszmarnego „hotelu”… w którym znikali na zawsze. W tej galerii zbrodniarzy nie mogło zabraknąć również Beli Kissa, węgierskiego blacharza z upodobaniem do okultyzmu i przechowywania kobiecych zwłok w beczkach z benzyną…Wypełniona opowieściami o najbardziej odrażających zbrodniarzach w dziejach, ta książka was przerazi, zmrozi do szpiku kości i każe się zastanowić, czy prawdziwe potwory nie czają się bliżej niż przypuszczacie!




Nie tylko niegodziwi i nie tylko śmiertelnicy


Mrożąca krew w żyłach i zabawnie ilustrowana (fr. pochodzi z opisu na okładce). Czy Wam takie zestawienie pasuje? Bo owszem "Niegodziwi śmiertelnicy" jest mrożącym krew w żyłach zbiorem historii, ale ilustracje choć świetne, nie są zabawne, a przynajmniej ja nie nazwałabym ich zabawnymi. Niemniej jednak ten opis zaintrygował mnie na tyle, że zapragnęłam przeczytać książkę Aarona Mahnke.

Dopiero wczytawszy się w notkę na okładce zostałam oświecona, że "Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" powstały na podstawie popularnego podcastu, którego Aaron Mahnke jest autorem, producentem i gospodarzem. Człowiek to jednak cały czas dowiaduje się czegoś nowego...

Książka podzielona jest na pięć części, z których każda posiada dość krótkie rozdziały. Takie sformatowanie sprawiło, że czytałam zdecydowanie szybciej, na zasadzie: od rozdziału do rozdziału, a skoro są krótkie to może jeszcze jeden, bo przecież nie zajmie dużo czasu. Czytanie  było jak słuchanie gawędy. Ciekawej, trochę mrocznej, momentami przerażającej, a miejscami niewiarygodnej. Autor posiada niekwestionowany talent przyciągania do siebie czytelnika lekkim, swobodnym stylem. Niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że przemawia do mnie z kart powieści. Byłam zaczytanie zasłuchana.

Zaczyna się bardzo intrygująco, od historii H.H. Holmesa, seryjnego amerykańskiego mordercy. Prawdopodobnie zamordował około stu osób, natomiast przyznał się do 27 morderstw, a 9 z nich potwierdzono. Hotel Holmesa to architektoniczny, ale i przerażający majstersztyk i ciarki przechodzą po plecach na samą myśl co spotykało nieszczęśników, którzy w nim kiedykolwiek zamieszkali i mieli styczność z tym pozornie zwyczajnym jegomościem na jakiego wyglądał Holmes. Czytając kolejne historie dowiedziałam się m.in. kto był pierwowzorem tytułowego bohatera powieści Roberta Louisa Stevensona pt. "Doktor Jekyll i pan Hyde" czy o genezie powstania legendy o szczurołapie z Hemelin.

Tytuł wodzi na pokuszenie, ale i zwodzi, bo nie cała książka jest o niegodziwych śmiertelnikach. Wiedzieliście kim są, czy też byli Belsnickel, Krampus, Perchta czy Gryla? Ja nie i czytając o nich w książce A. Mahnke nie mogłam wyjść ze zdumienia jak brutalne były niegdyś legendy. A legendy skądś się wzięły, prawda? Może jak w przypadku szczurołapa, ich korzenie sięgają  rzeczywistych postaci czy miejsc?
                Sięgając po "Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" liczyłam na książkę pełną mrocznych, mrożących krew w żyłach opowieści. Cóż... opowieści były i mrożące krew w żyłach i mroczne, tyle, że odniosłam wrażenie, że tych niegodziwych śmiertelników było tak może z połowę objętości książki. Reszta, to historie o łowcach czarownic, czy legendarnych istotach jak wspomniany wcześniej np. Krampus. Zawiodłam się trochę, bo spodziewałam się całej plejady seryjnych morderców, oszustów wszech czasów, czy sprytnych trucicieli... Niemniej jednak "Lore" przeczytałam z ogromną przyjemnością, przy okazji dowiadując się kilku ciekawych faktów.
                Co się tyczy łowców czarownic, historiom tym nie można odmówić grozy. Uświadamiają nam jak z strach przed nieznanym wpływa na ocenę sytuacji, jak ówczesne zasady życia społecznego stanowiły dla niektórych pretekst do realizacji swoich niecnych zamiarów i niegodziwości. To przykre, ale choć te historie miały miejsce kilka wieków temu ludzie nie zmienili się wcale tak bardzo. Można by nazwać ich niegodziwymi śmiertelnikami, ale tutaj przyczyn takiego zachowania szukałabym w światopoglądzie i podejściu do niecodziennych zjawisk.

"Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" było fascynującą wyprawą w pokręcone umysły morderców, trucicielek, opętanych strachem przed sługami zła zwykłych ludzi, ale i łowców czarownic. Razem z Autorem zajrzałam za zasłonę dawnych mrocznych legend. Gawędziarki talent Mahnke sprawia, że lektura po prostu mnie pochłonęła, dodatkowym smaczkiem były ilustracje, może nie zabawne (jak wspomniałam na początku), ale bardzo oryginalne i wpisujące się w treść fragmentu, którego dotyczyły.
                Jeśli lubicie mroczne opowieści okraszone szczyptą humoru, opowiedziane ze swadą i swobodą "Lore. Niegodziwi śmiertelnicy" Aarona Mahnke z pewnością się Wam spodobają.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

"Siła jej piękna", czyli w kobietach siła

Moje drogie Panie (a może i Panowie jeśli lubią takie pozycje)


Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją antologii wydanej przez Wydawnictwo Inanna "Siła jej piękna". Jeśli lubicie opowiadania, polskie pisarki i jesteście ciekawe/ciekawi jak nasze Panie pisarki podeszły do tematu kobiecej siły musicie przeczytać tę książkę. Zapraszam na opinię.

Wydawnictwu Inanna bardzo dziękuję za możliwość przeczytania i zrecenzowania e-booka.


"Siła jej piękna"

Maria Zdybska, Daria Skiba, Agnieszka Opolska, Alicja Wlazło, Małgorzata Falkowska, Anna Karnicka, Agnieszka Zakrzewska i Agnieszka Sudomir

Stron: 360
Wydawnictwo Inanna

Opis wydawcy:

"Osiem utalentowanych polskich autorek i jedno niełatwe zadanie — opisanie siły i piękna, które tkwią w każdej z nas. Opowiadania wchodzące w skład antologii, są tak różnorodne jak kobiety, które je napisały. Autorki opowiadają historie o pięknie wewnętrznej siły odkrywane w zmaganiach z przeciwnościami losu i osobistymi dramatami.
Czy twoja historia jest podobna? Czy teraz uwierzysz w siebie i spojrzysz na siebie przychylniejszym okiem? Każda z nas jest inna, piękna na swój wyjątkowy sposób, nigdy nie zapominajmy o tym!" 


Od kobiet o kobietach

Swego czasu okładka "Siły jej piękna" co rusz rzucała mi się w oczy. Musiał minąć jakiś czas bym, nie tyle dojrzała do tej książki, co odkryła w sobie chęć by ją przeczytać. Swoją drogą, okładka wydaje mi się na tyle intrygująca by część z czytelniczek zechciała po nią sięgnąć.  Do tego nazwiska ośmiu polskich autorek, których nazwiska zapewne znacie. A może i styl ich pisania nie jest Wam obcy. Tym razem miałam przyjemność czytać e-book, gdyż książki w formie elektronicznej również bardzo lubię.

8 kobiet, 8 polskich autorek, 8 niepowtarzalnych historii

"Siła jej piękna" to antologia wydana nakładem Wydawnictwa Innana, specjalizującego się w historiach obyczajowych i romantycznych. W skład niniejszej antologii wchodzi osiem opowiadań, których autorkami są polskie pisarki, tworzące historie obyczajowe, kryminalne, a nawet fantastyczne.
          Każda historia jest indywidualna i niepowtarzalna. Wszystkie mają jednak wspólny mianownik: jest nim pokazanie kobiecej siły i nie jest istotne ile ta kobieta ma lat, czy jest dojrzała, czy dopiero wkracza w dorosłość.  Nieważne jak ciężkie i przykre spotykały ich sytuacje, one podnosiły się, zaciskały zęby i szły naprzód. Nie poddawały się.  Czasem musiały odkryć w sobie siłę,  czasem tę siłę przekazywały im inne kobiety, a czasem czerpały ją z bliskiego otoczenia, z miłości swoich najbliższych.

Bardziej i mniej znane

Książkę rozpoczyna opowiadanie Marii Zdybskiej zatytułowane "Drugi oddech Inanny". Marię znam z cyklu Krucze Serce i nie będę ukrywać, że jestem zafascynowana jej stylem, barwnym, płynnym, oddziałującym na zmysły. W przypadku "Drugiego oddechu..." nie jest inaczej. Od razu wyczułam charakterystyczny u tej pisarki stylistyczny flow, dzięki czemu opowiadanie, które porusza trudny temat gwałtu, czyta się jednym tchem.
                Znana mi jedynie z postów na Facebooku Małgorzata Falkowska w opowiadaniu "Kariera jest kobietą" wciągnęła mnie w swoją historię swobodnym stylem i  poczuciem humoru. Bohaterki pani Małgosi choć początkowo mają głębokie poczucie krzywdy (słusznej), zostały oszukane i poniżone odnajdują w sobie siłę i determinację by utrzeć nosa osobie, która je skrzywdziła.  Pokazała, że kobiety są na tyle silne, że nie tylko potrafią się skutecznie odegrać, ale i stworzyć coś fajnego dla innych kobiet. Jestem pewna, że niebawem, gdy czas mi pozwoli sięgnę po inne opowieści pani Falkowskiej, a wiem, że napisała takie, których opis mnie zainteresował.
                "Mój strach nosi twoje imię" Agnieszki Zakrzewskiej początkowo średnio mnie zaciekawił, w mojej głowie automatycznie powstała wstępna wizja tego opowiadania. I wiecie co? Byłam w błędzie. I podobało mi się to, bo Autorka mnie zaskoczyła.  Jej historia była naprawdę świetna. Pokazała, że nie tylko mężczyźni są tymi, którymi krzywdzą; nie tylko praca, jest tą, która pochłania bez reszty, odbierając kobietę rodzinie, zabierając jej wolny czas; ale i kobiety kobietom potrafią stworzyć istne piekło na ziemi. To opowiadanie na długo ze mną pozostanie, a pani Zakrzewska zyskała moją sympatię swoim bezpośrednim i swobodnym stylem oraz wiarygodnymi postaciami.

Pokręcę nosem

Wiadomo, że nie wszystkie osiem opowiadań mi się podobało. Były i takie, przez które się prześlizgnęłam, inne zaś choć bez wątpienia ciekawe i z interesującymi bohaterami nie pozwoliły mi w sobie dostrzec  przekazu.
                "Kroczek po kroczku" Alicji Wlazło zaczęło się naprawdę intrygująco i wzbudziło moje zainteresowanie, ale potem niestety mój entuzjazm spadł drastycznie, bo opowiadanie było za długie i jak dla mnie za nudne, nie mogę jednak Autorce odmówić talentu w kreowaniu bohaterów i scen (wypadek rodziny Austina jak dla mnie rewelacja).
                "Dziewczyna w mojej piwnicy" Anny Karnickiej narobiło mi wielkich nadziei na opowieść z gatunku grozy lub thrillera. Powiedzcie sami czy Wam się ten tytuł nie kojarzy z takim gatunkiem? Zaskoczona byłam mile, gdy okazało się, że opowieść nosi znamiona fantasy, ale w zasadzie prócz zajmującej historii, bohaterów i dobrze skonstruowanych dialogów ( co, nie zrozumcie mnie źle, jest naprawdę warte wspomnienia) ta historia niekoniecznie musiałaby znaleźć się w antologii o sile kobiet, bo trudno mi było odczytać jej przekaz. Chyba, że miały nim być drobne gesty głównej bohaterki.

Czas kończyć

                Nie zanudzałam Was opowiadaniem o czym są poszczególne historie, bo nie o to chodzi w recenzji. Powiem Wam, że wszystkim paniom, których nazwiska z wielką przyjemnością Wam wymienię: Maria Zdybska, Daria Skiba, Agnieszka Opolska, Alicja Wlazło, Małgorzata Falkowska, Anna Karnicka, Agnieszka Zakrzewska i Agnieszka Sudomir, nie brak lekkości pióra i wyobraźni.
                Wiadomo, nie wszystkie opowiadania jednakowo przypadły mi do gustu, jeszcze nie trafiłam na zbiór, w którym wszystkie historie podobały mi się tak samo, ale każda z tych historii do mnie przemawiała; każda  niosła mniej lub bardziej czytelny przekaz. 
                To nie miała być długa recenzja, a patrzcie jak wyszło... "Siła jej piękna" to antologia, która zdecydowanie przemówi do kobiet. Odnajdą w niej siebie, odnajdą swoje siostry, matki, przyjaciółki, może nawet córki. Mam szczerą nadzieję, że odnajdą też w sobie potrzebną siłę do pewnych zmian, do dostrzeżenia w samych sobie mocy jaką mają. Ten, kto mówi o kobietach słaba płeć jest w wielkim błędzie. Kobiety mają w sobie siłę. Mamy w sobie siłę. Prawda? Polecam gorąco.
                Moja ocena to 7/10.

niedziela, 18 sierpnia 2019

A Ty, co włożyłbyś do "Skrzyni ofiarnej"?- opinia PRZEDPREMIEROWO

A Ty, co włożyłbyś do "Skrzyni ofiarnej"?- opinia PRZEDPREMIEROWO


Nie powiem nic odkrywczego... gdy tylko zobaczyłam zapowiedź wiedziałam, że muszę ją przeczytać. "Skrzynię ofiarną", oczywiście. Powieści grozy zaliczam do jednych z najwcześniej lubianych. W takich książkach nigdy nie wiadomo czym autor lub autorka mnie zaskoczy. A w przypadku książek zaskoczenie jest czymś przeze mnie wielce pożądanym, no i ten dreszczyk, wiecie o co chodzi ;)

Dziękuję Wydawnictwu YA za możliwość przeczytania "Skrzyni ofiarnej" przedpremierowo.


"Skrzynia ofiarna"Martin Steward


Stron:400
Gatunek: horror
Wydawnictwo YA
Przewidywany termin premiery: 18 września 2019

Opis wydawcy:
"W upalne wakacje 1982 roku Sep, Arkle, Mack, Lamb i Hadley zostają połączeni przez więzy przyjaźni… oraz mroczny sekret, który po latach powraca, aby ich nawiedzać.

Kiedy nastolatkowie znajdują w lesie starożytną kamienną skrzynię, pod wpływem sennej wizji postanawiają złożyć w niej ofiary. Każde z nich oddaje skrzyni coś wyjątkowo bliskiego swojemu sercu. Zawierają przy tym pakt: nigdy nie powrócą do skrzyni nocą, nigdy nie przyjdą do niej samotnie i nigdy nie zabiorą z niej swoich darów.

Cztery lata później losy dawnych przyjaciół ponownie łączy ze sobą seria przerażających, krwawych wypadków, która może oznaczać tylko jedno – któreś z nich złamało przysięgę. Jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?"



Muszę to przeczytać!

Taka właśnie była moja reakcja, gdy zobaczyłam na stronie Wydawnictwa Ya zapowiedź "Skrzyni ofiarnej". Czytając sam tytuł przeszył mnie dreszcz, a okładka zapowiadała lekturę, przy której powieje grozą i będzie tajemniczo.

Dzieciaki, las i tajemnicza skrzynia

Sep, Arkle, Mack, Lamb i Hadley latem 82 roku zaprzyjaźniają się nieoczekiwanie i tylko na okres wakacji. Pewnego dnia, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, znajdują w lesie kamienną skrzynię.  Pod wpływem impulsu składają w niej ofiary i wypowiadają zasady, których nie wolno im złamać, a które "objawiają się" w głowie Sepa:

"Nigdy nie wracaj do skrzyni samotnie.
Nigdy nie otwieraj jej po zmroku.
Nie zabieraj z niej swojej ofiary."

                Brzmi interesująco i trochę strasznie? Przyznaję się, że ujrzawszy te zasady pomyślałam, iż będę miała do czynienia z nie lada horrorem... Moja wyobraźnia sobie zaszalała. I wiecie co? Nie pomyliłam się, chociaż nie spodziewałam się, że głównymi postaciami będą dzieciaki. Opisy nie zawsze pokrywają się, z tym co faktycznie znajdujemy na stronach powieści. Ale spokojnie, to nie młodzież okazała się" nie teges" tylko skrzynia, chociaż młodzi również mieli swoje za uszami. Skoro zaczęły dziać te wszystkie dziwne rzeczy. Nie powiem Wam ani kto, ani jak, ani po co. Tego musicie dowiedzieć się sami. Ktoś musiał przecież pójść tam sam... Albo w nocy... Albo wyjął dary...  

Styl, bohaterowie, akcja...

                Akcja potrzebuje czasu na rozruch, ale ma to swoje dobre strony, bo dzięki temu mogłam poznać charaktery głównych bohaterów. Choć jest ich pięcioro, najwięcej dowiedziałam się o Sepie, o pozostałych już nieco mniej, ale są to postaci wyraziste i charakterystyczne. Kiedy wydarzenia nabierają tempa, dzieje się naprawdę dużo, robi się niebezpiecznie, wręcz bardzo groźnie, co jest tym bardziej przerażające, że uczestnicy mają zaledwie po piętnaście lat.
                Styl jak na młodzieżówkę przystało jest lekki i swobodny, a duża ilość dialogów sprawia, że czyta się szybko. Opisy nie są rozwlekłe, ani nazbyt szczegółowe. Jeśli macie bujną wyobraźnię możecie skrzywić się z obrzydzenia, a zwykły pluszowy misiek, lalka czy stara pacynka na długo przestaną być dla Was niewinnymi zabaweczkami.
                Bohaterowie, jak wspomniałam wcześniej, to piątka nastolatków, pojawiają się także i inne, poboczne, mniej lub bardziej istotne dla rozwoju wydarzeń. Każdy z bohaterów odznacza się specyficznym stylem wypowiedzi, co sprawia, że nie są jednowymiarowe.
               

Są horrory i horrory

Tak, tak... Horror horrorowi nierówny. Jedne ukierunkowane są na wzbudzenie w czytelniku lęku atmosferą zagrożenia, inne epatują krwawymi scenami.  Pojawiają się w nich duchy, demony, szaleńcy wszelkiej maści, wampiry, zombie, mutanty i inne dziwne stworzenia siejące spustoszenie i śmierć.  Z czym mamy do czynienia w "Skrzyni ofiarnej"? Z pewnością poczujecie zagrożenie i dreszczyk grozy, na brak scen, tak krwawych jak i ociupinkę obrzydliwych też nie będziecie mogli narzekać. Mnie osobiście to bardzo pasowało, przykre było tylko to, że takie dzieciaki musiały się narażać, niejednokrotnie ryzykując nie tylko swoje życie, ale  też innych. Cóż... Skoro sami się w to pakowali, tylko oni sami mogli się z tego wyplątać i spróbować wszystko naprawić. Pytanie tylko, czy jest to możliwe?

Strach, krew i emocje, ale jednak czegoś brak

Fabuła choć mało skomplikowana,  ale poprowadzona jest tak umiejętnie i sprawnie, a do tego wydarzenia w drugiej połowie książki nabierają takiego tempa, że owa prostota staje się zaletą. Nie musiałam pamiętać o wielu wątkach czy postaciach, skupiałam się na bieżących wydarzeniach. Jednakże zabrakło mi bardziej rozbudowanego wątku skrzyni ofiarnej. Skąd się wzięła? Kto ją umieścił w lesie? Na temat pochodzenia tajemniczej skrzyni ofiarnej nie wiem praktycznie nic i tego mi brakowało. Zawiodła mnie również odrobinę końcówka. Nie zrozumcie mnie źle... Wydarzenia pod koniec powieści są naprawdę emocjonujące i nie mogłam się od nich oderwać póki nie skończyłam. Ale kiedy emocje opadły i dotarłam do ostatniego rozdziału nie mogłam się nadziwić, że tak nieprawdopodobna historia ma takie prozaiczne, praktycznie nic nie tłumaczące wyjaśnienie. Być może będziecie musieli ocenić to sami, do czego serdecznie Was zachęcam, bo naprawdę warto.

Podsumowując

Ze względu na prostą konstrukcję i ograniczenie wątków "Skrzynia ofiarna" jest idealna dla młodzieży lubiącej lekkie, ale zarazem straszne historie. Ja, choć młodzieżą nie jestem już od ponad dwóch dekad, czytając świetnie się bawiłam. Dałam się ponieść  pomysłowi, akcji i pędzącym wydarzeniom, polubiłam Sepa, Hadley, Lamb, Macka, a nawet Arkle'a i chociaż mam pewne zastrzeżenia uważam ją za naprawdę świetną książkę.
                "Skrzynia ofiarna" to historia o przyjaźni, która łączy pomimo pochodzenia z różnych grup, pomimo różnych zainteresowań. Przyjaźnimy się przecież z kimś kto jest od nas totalnie różny, ale jednak w jakiś sposób jesteśmy sobie bliscy.
                 Swoich bohaterów Autor wystawił na nie lada próbę i chociaż wiem, że to fikcja to jako mamę nastolatka niewiele młodszego od głównej piątki udział w takich wydarzeniach przyprawia o gęsią skórkę, a wyobraźnia automatycznie podsuwała mi obrazy mojego syna uciekającego przed tworami skrzyni.
                Moja  ocena to 8/10, więc chyba nie muszę Wam mówić, że polecam i zachęcam ;)


piątek, 16 sierpnia 2019

"Błahy incydent" z perspektywy świata

Dzień dobry,

pisanie poniższej recenzji nastręczyło mi nie lada trudności. Pisałam, skreślałam, zmieniałam, pisałam od nowa i znowu skreślałam, a w rezultacie i tak nie jestem do końca zadowolona. To jedna z nielicznych książek, którą trudno opisać.

Zapraszam na recenzje powieści Justyny Edmondson pt. "Błahy incydent".
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Oficynka oraz Grupie Recenzentów Przeczytanek

RECENZJA


"Błahy incydent"
Justyna Edmondson

Stron: 341
Gatunek: obyczajowa
Wydawnictwo Oficynka

Opis wydawcy:
"Na granicy dźwięku i ciszy powstaje melodia życia. Krysi, która musiała dorosnąć, by stać się dzieckiem, Aliny, która raniąc się, próbowała zacząć być, Teresy otulonej kotami niczym całunem, Janusza, który tak długo przyjmował życie, jakim było, że je zgubił, i Edwarda, otwierającego swoim eufonium dawno zatrzaśnięte drzwi do ludzkich serc.

Błahy incydent to powieść o umieraniu i narodzinach, spotkaniach i odchodzeniu, o smutku i sile istnienia, o miłości wreszcie i przepełniającej życie muzyce, napisana językiem tak plastycznym i sensualnym, że miejscami aż boli."



Dlaczego ta?


Są książki, których opis nie wprowadza w fabułę.
Są książki, których okładka nie rzuca się w oczy krzykliwym obrazkiem, feerią barw czy fantazyjną czcionką.
Są książki, których fantastyczna głębia ubrana jest w niepozorne szaty.
Są książki, po które musimy sięgnąć, bo taka jest kolej rzeczy, bo są nam po prostu "przeznaczone".
                "(...) Aliny, która raniąc się, próbowała zacząć być (...)". Te słowa mnie do siebie przykuły, zahipnotyzowały i omamiły.  Niezmiennie i z odrobinę niezdrową fascynacją sięgam po pozycje poruszające nawet marginalnie ten trudny temat. Spodziewałam się rozbicia emocjonalnego, niepokoju w duszy, ale nie oczekiwałam tego co dostałam.
                Jaki zatem jest "Błahy incydent" Justyny Edmondson?

Nie liczy się czas

"Błahy incydent"  był zaskoczeniem i objawieniem, bo przyzwyczajona do prostych opowieści opowiedzianych prostym językiem spodziewałam się kolejnej, podobnej, jednej z wielu.  Słownictwo, jakim posługuje się Autorka jest niezwykle plastyczne, bogate, oddziałujące na zmysły. Jeśli dodać do tego specyficzną budowę zdań (krótkie, treściwe oraz oryginalne porównania) powstanie osobliwa mieszanka, do której przez kilka pierwszych stron musiałam się przyzwyczajać. W miarę zgłębiania się w historię byłam coraz bardziej oczarowana językiem Justyny Edmondson, który przemawiał do mnie i dotykał ukrytych, zakopanych w głębi emocji.
                Główna oś historii oparta jest na życiu pięciu osób: Krysi, Aliny, Janusza, Teresy i Edwarda. Ja jeszcze dodałabym do tego grona fryzjerkę Irenkę, której rola jest nie mniej ważna. To baza wyjściowa do opowiedzenia ich historii, do wyprawy w głąb ich dusz, do odkrywania tego co w nich skryte, zagrzebane, wstydliwe. Autorka w wyjątkowo przenikliwy sposób buduje charaktery swoich bohaterów, szczególnie skupiając się na Alinie. A może to było tylko moje subiektywne odczucie, bo ta bohaterka była mi wyjątkowo bliska?
                 Opowieść toczy się na przestrzeni lat, lecz to nie czas w znaczeniu lat i miesięcy, jest tu ważny, ale ludzie. Ich myśli, emocje, metamorfozy jakie w nich zachodzą. Próżno szukać w tekście konkretnych dat,  w jakich toczą się poszczególne wydarzenia. Mogłam w przybliżeniu się tego domyślać analizując  opisy. Ale powiem Wam, że to nie miało znaczenia. Interesowali mnie bohaterowie, ich rozterki, problemy, sposób na radzenie sobie z życiem.

Alina

Bohaterka, której najwięcej jest w "Błahym incydencie". Alina, która żeby poczuć, że żyje, że istnieje, musi sprawiać sobie ból. Alina, która na zewnątrz jest elegancka i wyniosła, w środku zaś zagubiona, nieszczęśliwa, zamknięta na odczuwanie, na ciało. Czuje je tylko w momencie, gdy nacina skórę. Alina, do której kluczem jest muzyka. Alina, której poczucie winy jest tak wielkie i tak ciężkie, że rzutuje na jej całe życie, nie pozwalając odczuwać niczego.
                Dawno nie darzyłam bohaterki tak ambiwalentnymi odczuciami. Z jednej strony Ala była wkurzająca ze swoją kontrolą otoczenia i samej siebie; z tym zewnętrznym chłodem i dystansem, z którym traktowała wszystkich dookoła; chciałam nią potrząsnąć, trzasnąć w policzek, nakrzyczeć na nią, żeby się opamiętała, żeby poszukała pomocy, żeby nie rezygnowała z siebie i dała sobie szansę; żeby do cholery, znalazła dobrego terapeutę. Z drugiej płakałam nad nią, gdy mowa była o bliznach, aktach samookaleczeń, o jej wewnętrznym bólu. Tak bardzo jej współczułam i kibicowałam by była w końcu szczęśliwa...
                "Błahy incydent" to nie tylko Alina, ale i jej mąż Janusz, który ją kocha, ale nie potrafi jej zrozumieć. To również nad wyraz dorosła i inteligenta córeczka powyższej pary - Krysia. To Edward, który jako jedyny potrafi dotrzeć do Aliny, wrażliwy, delikatny, zmysłowy, skromny, ale i niosący swój własny bagaż. To też Teresa, otoczona kotami, samotna, z trudnym dzieciństwem i jeszcze trudniejszym dorastaniem.    
                Początkowo wydawało mi się, że historie tych osób są luźne, nie związane ze sobą, ale w trakcie czytania wszystko nabierało sensu, łączyło się ze sobą tworząc konkretny obraz.

"Błahy incydent" niebłahy przekaz

"Błahy incydent" to książka nieoczywista, bogata w doznania i burząca emocje. W piękny, barwny i poetycki sposób mówi o biedzie, bólu, stracie, samotności i poczuciu małości, o śmierci i narodzinach, o muzyce i miłości. Justyna Edmondson nie boi się używać dosadnych określeń; prostych, niemal brutalnych słów określających opisywaną przez nią rzeczywistość.
                To nie jest kolejna lekka książka, którą można przeczytać dla przyjemności, odłożyć na półkę i zapomnieć.  Zostanie w czytelniku na bardzo długo.
                 Dla mnie to książka  wyjątkowo dobra, niecodzienna i zdecydowanie warta by poświecić jej czas,  dlatego moja ocena to 9/10.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Między złym a jeszcze gorszym, czyli opinia o "Vicious. Nikczemni" V.E. Schwab - Book Tour

Kochani,
Ta książka po prostu mnie wessała i nie wypuściła póki, nie przeczytałam ostatniego wyrazu i nie zobaczyłam ostatniej kropki. A to mówi samo za siebie... Zapraszam na opinię.

"Vicious. Nikczemni"
V.E. Schwab

Stron: 447
Gatunek: fantasy
Wydawnictwo We Need Ya

Opis wydawcy:

Victor i Eli poznali się na studiach. Genialni, aroganccy i zdolni, od początku zauważyli w sobie tę samą wielką ambicję. W ciągu ostatniego roku zajęć wspólnie zainteresowali się badaniami nad adrenaliną, doświadczeniami bliskimi śmierci i pozornie nadprzyrodzonymi zdarzeniami, które ujawniły, że w odpowiednich warunkach można rozwinąć w sobie nadzwyczajne zdolności. Kiedy ich prosta teoria naukowa zamienia się w poważny eksperyment, sprawy zaczynają się komplikować…


Dziesięć lat później Victor ucieka z więzienia, a jego celem jest znalezienie byłego przyjaciela. W podróży towarzyszy mu znajomy z celi – Mitch, a na ich drodze staje Sydney – ranna dziewczyna, której powściągliwa natura skrywa niejedną tajemnicę.


Wrogowie uzbrojeni w straszliwą moc, napędzani wspomnieniem zdrady i straty, wyznaczyli kurs zemsty. Kto przeżyje pełne nienawiści starcie? Przed wami porywająca opowieść o ambicjach, zazdrości, pożądaniu i mrocznych, nadprzyrodzonych mocach!

BT #7

Tajemniczy skrót powyżej nie oznacza nic innego jak Book Tour, a hasztag kolejny numer w jakim wzięłam udział w tym roku. Uwielbiam tę formę książkowej zabawy i gorąco polecam każdemu, kto lubi czytać, a przy tym chce poznać fajnych ludzi.
                "ViciousNikczemni" zaintrygował mnie swoim opisem, bo hasła takie jak nadzwyczajne zdolności czy straszliwa moc zawsze pobudzają moją wyobraźnię. Jeśli dołożyć do tego fakt, iż powieść jest z gatunku fantasy, którą lubię i ciągle odkrywam, nie mogłam się nie zgłosić.



Zły i bardziej zły

Są takie historie, które nie mając dobrych bohaterów są ciekawe i wciągające. "Nikczemni" należą właśnie do tej kategorii. Tyle, że jaki jest "dobry" bohater? Czy czyniąc złe rzeczy można nie być tak do końca złym, a postępując z pozoru słusznie można mieć za skórą samo zło? Powieść zaczyna się interesująco już od pierwszej strony. Victor, wraz z przypadkiem, znalezioną w deszczu dziewczynką (Sydney) przemierzają cmentarz. Może i byłoby to niewinne, gdyby nie fakt, że robią to w nocy, niosą łopaty i zamierzają rozkopać konkretny grób, w konkretnym celu. Tyle wystarczyło, żeby wciągnąć mnie w tę opowieść.
                Niezaprzeczalnym atutem jest lekkość z V.E. Schwab w posługiwaniu się słowami i płynność z jaką przechodzi do kolejnych scen. Stworzone przez nią postaci są realistyczne. Victor i Eli zaś są wyjątkowo dokładnie rozbudowani charakterologicznie, co ma istotny wpływ na zrozumienie motywów ich postępowania i udziału w wydarzeniach, ponieważ to oni są głównymi aktorami mającego się rozegrać dramatu. Postacie poboczne mają znaczny wpływ na ich losy, są równie dobrze, choć w mniejszym stopniu wykreowane. Wyjątkową sympatię poczułam do Victora i Sydney, choć muszę przyznać, że Victor to dość upiorny gość.
                Akcja toczy się całkiem szybko i sprawnie. Nie ma zbędnych dialogów, które nic nie wnosiłyby to fabuły, a opisy są treściwe i nie nużące. Jeśli jednak ktoś nie lubi przeskakiwania między przeszłością, a teraźniejszością nie będzie zachwycony. Autorka dość często stosuje ten zabieg.

Mam tę moc i co dalej?


Tworząc historię "Nikczemnych" Autorka oparła główny wątek nie tylko na starciu dwóch silnych osobowości, oczywiście borykających się ze swoimi wewnętrznymi demonami, lecz również na popularnym wątku posiadania niezwykłych mocy i tym co to ze sobą niesie. Świat przedstawiony jest właściwie takim, jaki znamy z codzienności, dodatkowym elementem jest jednak istnienie osób obdarzonych mocami, nazywanych PonadPrzeciętnymi. To sprawia, że nasza wyobraźnia nie musi się jakoś szczególnie wysilać, karmiona zapewne już wcześniej obrazami z licznych filmów o Superbohaterach.
                Sam proces powstawania PonadPrzeciętnych wymyślony przez Autorkę jest spójny,  logiczny i dobrze przemyślany.
                Co by było  gdyby ktoś odkrył jak stać się PonadPrzeciętnym? To dobrze czy źle dla świata? Jak poradzić sobie z tą wiedzą? Czy da się uniknąć pokusy stania się kimś niezwykłym? Jak poradzić sobie z posiadanym darem, niekoniecznie takim, który nas satysfakcjonuje? Kto lub co decyduje o tym jaką możemy zostać obdarzeni wyjątkową umiejętnością? Czy dostając ją oddajemy coś w zamian? Jeśli tak, to co to jest?
                Wcześniej podchodziłam do tematu posiadania unikalnych zdolności trochę inaczej. Lektura "Nikczemnych" niejako zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym tematem od innej strony: co jeśli,  nie możemy wybrać sobie mocy, jaką będziemy mogli dysponować? Uzmysłowiłam sobie, że to może nie być takie fajne i aż tak bardzo atrakcyjne; że to brzemię może nie być do udźwignięcia, nie tylko przeze mnie, ale i otoczenie. 

Kilka słów na koniec

"Vicious. Nikczemni" to nie tylko ciekawa pozycja z gatunku urban fantasy, nastawiona na danie Czytelnikowi chwili przyjemności. To przede wszystkim ciekawa koncepcja, świetnie wykreowani główni bohaterowie, to gra pozorów; to opowieść o przyjaźni, tej którą można znaleźć w najmniej oczekiwanych miejscach i tej, którą można stracić z całkiem błahych powodów. Do tego lekki język, płynność akcji i krótkie rozdziały sprawiają, że czyta naprawdę szybko. Z książką licząca ponad 400 stron uwinęłam się w dwa popołudnia.
                Doskonałym podsumowaniem jest cytat umieszczony nomen omen na początku książki:
"Życie - takie, jakim jest naprawdę -
to walka nie między złym a dobrym,
lecz miedzy złym, a jeszcze gorszym."
                Polecam każdemu miłośnikowi nieoczywistych bohaterów i gatunku fantasy.
                Moja ocena 9/10             

wtorek, 6 sierpnia 2019

"Mój drugi brzeg" - opinia

Dzień dobry,

Nie będę ukrywać, że napisanie poniższej recenzji zajęło mi troszkę czasu. Dawno nie pisałam tak długo opinii, ale to nie znaczy wcale, że książka była zła, a ja nie wiedziałam co mam o niej napisać. "Mój drugi brzeg" wzrusza i porusza, nie daje o sobie zapomnieć nawet po odłożeniu książki na półkę. Ciekawi jesteście co mam na ten temat do powiedzenia? Zapraszam na recenzję.

Dziękuję Wydawnictwu WasPos za egzemplarz do recenzji.



"Mój drugi brzeg"
Janusz Muzyczyszyn

Stron: 225
Gatunek: obyczajowa
Wydawnictwo WasPos



Przeglądając stronę Wydawnictwa WasPos trafiłam na post o mającej ukazać książce się Janusza Muzyczyszyna. Nazwisko było mi nieznane, ale patrząc na stonowaną, pozbawioną mocnych akcentów kolorystycznych okładkę czułam jej magnetyczne przyciąganie. "Mój drugi brzeg" to tytuł, który mnie zaintrygował.

Głównym bohaterem jest osiemdziesięcioletni Jan Marczak. Poznajemy go w momencie, gdy budzi się ze śpiączki spowodowanej nieszczęśliwym wypadkiem. Miejsce, w którym odzyskuje przytomność jest dla niego zupełnie obce i może trochę przerażające. Nie rozpoznaje go (bo jest nim dom opieki, a nie jego mieszkanie), podobnie jak głosu, który do niego przemawia. Rzeczywistość, w której nagle przychodzi mu się odnaleźć jest początkowo obca, niezrozumiała, a sam bohater ma trudności z porozumiewaniem się, bowiem w wyniku urazu utracił zdolność mowy i musi uczyć się jej od nowa. Jednym zdaniem Jan Marczak nie ma lekko. Ma wręcz cholernie trudno, na szczęście Autor obdarzył go twardym charakterem.

                Bieżące wydarzenia, czyli pobyt Jana w domu opieki, przeplatane są retrospekcjami z jego życia, to głównie relacje z kobietami, oraz tajemnicze rozmowy, które początkowo wprowadzają nutkę tajemniczości, by w miarę czytania objawić swoje prawdziwe oblicze.
                Pory roku  zdają się współgrać ze zdrowiem i samopoczuciem Jana. Widać, że dla bohatera, jak i zdaje mi się samego Autora, przyroda odgrywa ważną rolę, a w dzisiejszym pędzie i braku czasu  umiejętność cieszenia się budzącą się do życia przyrodą i ciepłem słońca na twarzy jest w zaniku.

Bohater stworzony przez Janusza Muzyczyszyna jest inteligentny, samodzielny, ma życzliwe podejście do świata i ludzi. Polubiłam go od pierwszej strony. Nie opuszczało go poczucie humoru pomimo utraty zdrowia, a hart ducha i upartość sprawiły, że radził sobie nawet w tak trudnej sytuacji jaką jest ponowne nauczenie się mówić. Autor obdarzył Jana również tym "czymś" co sprawia, że inni mają do niego zaufanie, widzą w nim powiernika swoich trosk i problemów.  
                Prócz Damiana (syna głównego bohatera), Józefa  i powiedziałabym, gościnnie lekarza i księdza oraz naturalnie samego głównego bohatera, w książce występują same kobiety. Odniosłam wrażenie, że to właśnie z relacje z kobietami swojego życia Jan chce uporządkować, przeanalizować, rozliczyć się z nimi. To one dały mu szczęście, radość; przysporzyły smutku, kochały go, porzucały, ograbiały i zostawiały z niczym. Ale czy i Jan nie był w tym bez winy?

Skutecznym utrudnieniem przy czytaniu i wciągnięciu się w fabułę była czcionka: cienka, z wyjątkowo długimi znakami diakrytycznymi  (są to m.in. wszelakie kreseczki nad samogłoskami i spółgłoskami), co skutkowało wrażeniem "mienienia" się czcionki i było po prostu męczące. Na szczęście czcionka to nie wszystko i kiedy wciągnęłam się w historię, polubiłam pana Janka i ciekawa byłam co go jeszcze w życiu spotka nie zwracałam już na to takiej uwagi.
                 Opowieść toczy się z lekkością i swobodą, ale niekiedy styl wypowiedzi był nieco drażniący, trochę zbyt prosty, a dialogi miejscami wydawały się mało realistyczne. Lubię szczegółowość zależnie od gatunku i podczas, gdy w kryminałach ma on swoje znaczenie, to w powieści obyczajowej już niekoniecznie i mój wzrok prześlizgiwał się po scenach parzenia herbaty itp. Tym bardziej, że sceny te nie miały wpływu na fabułę.
                Niezmiennie i niezależnie od czytanej pozycji największe znaczenie ma dla mnie przekaz Autora. Czasem czytelny od razu, czasem wymagający spokojnego przemyślenia. Choć mogę przyczepić się do stylu, czcionki czy dialogu to największymi atutami tej krótkiej powieści są poruszane tematy.
                Autor w wyjątkowo piękny i poruszający sposób przedstawił relacje między ojcem, a synem. Ich wzajemną troskę o siebie, zaufanie, trudne rozmowy, uczucie więzi i tęsknoty.
                Nie będę przedstawiać wszystkich poruszanych tematów i wątków, pozwolę Wam je odkryć na własną rękę, ale nie będę ukrywać, że część z nich dotykało  czułych miejsc w mojej duszy. W  "Moim drugim brzegu" przede wszystkim chodzi o relacje z bliskimi, o to jaki mają na nas wpływ i co my sami możemy zrobić by je zmienić. Nie zawsze jest to możliwe, czasem pierwszy ruch zależy od tej drugiej osoby. Istotny jest też proces wybaczania i cieszę się, że Autor go poruszył. 

"(...) Mówi ksiądz, że Bóg odpuści nam winy, jeśli my odpuścimy naszym winowajcom. Świetnie, a co jeśli ja jestem tym, który wyrządził krzywdę, a nie tym którego skrzywdzono? (...) I skąd mam wiedzieć czy faktycznie wyrządziłem krzywdę? Może mi się tylko tak wydaje?"

Podsumowując...
"Mój drugi brzeg" to opowiedziana prostymi słowami, wzruszająca historia o rozliczaniu się z przeszłością, złożonych stosunkach międzyludzkich, a ostatecznie o przygotowaniu się do przejścia na swój drugi brzeg. Kontakty bohatera z innymi ludźmi są  środkiem do przedstawienia skomplikowanych relacji, nie tylko kobieta-mężczyzna, lecz także rodzic-dziecko,  czy nawet małżonkowie-teściowie. Plusem jest lekki  styl Autora i niezbyt duża objętość powieści.
                Jeśli lubicie książki, które poruszają i wzruszają; które prostym opisem mogą wypełnić Wasze oczy łzami; które zostają w pamięci na dłużej i skłaniają nas do głębszych przemyśleń na temat nas samych to jest to pozycja, którą musicie przeczytać.
                     Moja ocena to 8/10.

sobota, 3 sierpnia 2019

"Czerwony lód" - opinia

Zapraszam Was serdecznie na opinię o kolejnym kryminale :)

"Czerwony lód"
Małgorzata Radtke

Stron: 430
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo WasPos

Opis wydawcy:

"Sierż. szt. Szadurski po policyjnej akcji w rezerwacie Beka otrzymuje wezwanie na miejsce zdarzenia do zakładu produkującego mrożonki w Szelewie. Podłoga na hali produkcyjnej zalana jest ludzką krwią. Brak ciała oraz nagrań z monitoringu od samego początku komplikuje śledztwo.

Po odnalezieniu ciała brygadzistki zostają utworzone trzy grupy śledcze. Szadurski pod ścisłym nadzorem naczelnika i prokuratora prowadzi sprawę, w której napotyka liczne komplikacje: nie tylko dyrekcja manipuluje dowodami i zeznaniami pracowników obecnych feralnej nocy na terenie zakładu, ale także jeden z istotnych świadków umiera.

Morderstwo brygadzistki wywiera na Szadego większy wpływ niż przypuszczał, co powoli prowadzi go na dno. Z czasem, przez niewiarygodne zeznania oraz podkładane dowody, jest zmuszony korzystać z niekonwencjonalnych metod.

Co takiego ukrywa zarząd firmy, że jest gotowy poświęcić ludzkie życia, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw? Czy Szademu uda się znaleźć zabójcę? I co najważniejsze: ile będzie musiał poświęcić dla rozwiązania tej sprawy?

„Czerwony lód” to nie tylko powieść kryminalna z dobrym tłem i intrygującymi postaciami, ale również konkretna dawka emocji oraz akcji, w której nie brakuje pościgów czy scen walk."


Pokusy i oczekiwania

Co mnie skłoniło do sięgnięcia po "Czerwony lód"? Po pierwsze okładka. A w zasadzie jej kolorystyka. Gryzącym się zestawieniem kolorystycznym (niebieskiego i czerwonego) raz po raz przyciągała moje spojrzenie. Po drugie to kryminał, te czytam zawsze chętnie, po trzecie to debiut, a debiuty uwielbiam. Oczy i serce krzyczały "bierz" (a raczej "zgłoś się"), jednocześnie rozum kazał się zastanawiać: "a co jeśli za tą krzykliwą okładką nic fajnego się nie kryje?". Na szczęście w kwestii książek nie słucham rozumu, dopisało mi szczęście i w moje ręce trafił egzemplarz książki, z cudowną dedykacją, pocztówką oraz zakładkami.

Sierżant sztabowy Marcin Szadurski i reszta

Sierż. szt. Marcin Szadurski, nazywany potocznie Szadym, oraz Patryk Błoński, czyli Błona, to kolejny świetny duet policjantów, który miałam przyjemność poznać. Szady jest bardzo dobrze wykreowany, ma zalety i wady,  przez co jest bardzo realny i da się go lubić od samego początku, poza tym nie brak mu poczucia humoru. Niestety tylko on jest tak dobrze przedstawiony. Szkoda, że Autorka skupiła się głównie na nim, podczas  gdy jego partner potraktowany został nieco po macosze. Mam jednak nadzieję, że w kolejnych tomach poznam go nieco lepiej.
                Wygląd Szadego poznawałam po trochu, tyle ile chciał w danym momencie o sobie powiedzieć. Zawsze wyobrażam sobie postaci czytanych książek, robię to automatycznie, a gdy na początku brak mi opisu bohaterów, to moja wyobraźnia szaleje i zdarza się, że pomiędzy moją wizją, a wizją autora pojawia się rozdźwięk. Tutaj tak właśnie było, ale nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się lekturą.
                Kryminalne śledztwo, w które zostałam rzucona niemalże od razu, owocuje pojawieniem się całego grona postaci. Wywołali u mnie niezły chaos i długo w trakcie czytania gubiłam się kto jest kim. Zwyczajnie było ich za dużo na raz i często łapałam się na tym, że nie wiem kim jest np. Zielińska (czy ktoś inny, nazwisko wybrane przypadkowo).

Litry krwi, ale gdzie jest trup? Czyli to i owo o fabule...

Nie ma ciała, nie ma sprawy... To jeden z moich ulubionych wątków, czy to w książkach, czy serialach. Zagadka kryminalna wymyślona przez Autorkę jest intrygująca: oto okazuje się, że na hali dużej firmy produkującej mrożonki znaleziono krew, a jej ilość świadczy o tym, że ranna osoba nie mogła przeżyć. A trupa nigdzie nie ma... Ale nie tylko dlatego było ciekawie. Wiecie jak powstają mrożonki? Ja nie wiedziałam, ale po lekturze "Czerwonego lodu" dziesięć razy częściej zastanowię się zanim włożę paczuszkę zupy jarzynowej do koszyka w supermarkecie.
                Innym ciekawym wątkiem było samo narzędzie zbrodni. Nie zdradzę Wam co nim było, ale w pewnym momencie pomyślałam sobie, że może być ciekawie... że zrobi się trochę dziwnie, odrobinę metafizycznie (taa... uroki posiadania bujnej wyobraźni), ale nic z tych rzeczy. Żałuję odrobinę, bo osobiście lubię mieszanki gatunkowe, ale poniekąd rozumiem tylko nadmienienie i krótkie wyjaśnienie pochodzenia narzędzia zbrodni.
                Nie mogę się nie doczepić do wątku obyczajowego. Podczas, gdy związek z Alicją jeszcze mnie satysfakcjonował, chociaż kompletnie nie rozumiałam jej postępowania i myślenia, to wątek rodziców zwyczajnie mnie rozczarował. Chciałabym więcej szczegółów i nie pogniewałabym się na większe rozwinięcie tego wątku. Domyślam się, że w kolejnych częściach mogę dowiedzieć się więcej, ale nie zmienia to faktu, że czułam spory niedosyt.
                Ogromnie się cieszę, że Autorka zwróciła uwagę na to czym w dzisiejszych czasach żywią się media. Wiem, to brzydkie określenie, ale tak właśnie jest. Wystarczy włączyć pierwsze lepsze wiadomości. Pod tym względem popieram Szadego.
                "(...) Nie dawali ludziom żyć, zarabiali na cudzym nieszczęściu. Czy ludzkość kiedyś zmieni priorytety? Czemu nikt nie czyta o kotkach uratowanych z drzew?"
                Sama pracuję w zagranicznej firmie produkcyjnej i po poznaniu Pihona, chociaż fikcyjny, doceniam obecny charakter swojego miejsca pracy. W "Czerwonym lodzie" zagraniczny koncern to zło wcielone, wszechobecna zawiść, restrykcje, mobing... Iluż ludzi zmuszonych jest z powodów finansowych do pracy w podobnych miejscach?
                Akcja posuwa się do przodu w idealnym tempie; nie miałam czasu się znudzić, ani nie miałam poczucia, że wydarzenia następują po sobie zbyt szybko. Zwroty jakie zaserwowała mi Autorka i emocje z tym związane były zaskakujące, a w jednym wypadku wręcz oszałamiające i wzruszające.

Styl  (i nie tylko) ma znaczenie

W miarę duża czcionka, zastosowana interlinia w połączeniu z lekkim piórem Małgorzaty Radtke i wciągającą opowieścią sprawiły, że czytanie było prawdziwą przyjemnością. Stosunkowo krótkie rozdziały połykałam jeden za drugim i ani się spostrzegłam miałam za sobą sporą część powieści. Dlatego tak je lubię, bo dzięki temu czyta mi się dużo szybciej.

Podsumowanie

Jeśli lubicie sympatyczne duety policjantów śledczych, intrygującą sprawę do rozwiązania, zwroty akcji i sceny rodem z filmu sensacyjnego, krótkie rozdziały to zachęcam Was do sięgnięcia po "Czerwony lód". Bardzo udany debiut Małgorzaty Radtke.

Moja ocena na Lubimy Czytać 8/10.