sobota, 16 listopada 2019

Dźwięki "Nokturnu" - recenzja książki Jowity Kosiby

Witajcie


Dzisiaj zapraszam Was na recenzję powieści grozy (oj, lubię takie i to bardzo) pt. "Nokturn" Jowita Kosiba. Dowiecie się co mnie w tej książce urzekło, jak się ją czytało i jak oceniam ogólnie tę powieść. Wydawnictwu WasPos dziękuję za egzemplarz do recenzji. 
Przyjemnego czytania :)

"Nokturn"
Jowita Kosiba


Cykl: Pogrzebane tajemnice
Stron: 430
Gatunek: horror
Wydawnictwo WasPos

Opis wydawcy:
Trzydziestodwuletni Robert pracuje w studiu fotograficznym w Krakowie. Pewnego popołudnia odwiedza go piękna, wyjątkowo smutna młoda kobieta, która prosi o wywołanie kilku starych zdjęć. Rutynowa prośba, rutynowe zajęcie, a jednak odmienia ono życie mężczyzny. Na jednej z fotografii dostrzega on bowiem tajemniczą postać, która od wielu lat prześladuje go w snach. Nie zna jej, nigdy jej nie spotkał, a jednak ma pewność, że przeznaczenie splotło jego los z losem tajemniczej, odzianej w żałobny strój kobiety. Gdy właścicielka zdjęć nie pojawia się w studiu, Robert postanawia sam złożyć jej wizytę. W ten sposób trafia do Połańca, malowniczo ulokowanej wśród wzgórz i wrzosowisk wioski, nad którą góruje nadszarpnięty zębem czasu, lecz wciąż piękny, pałac rodziny Wilczyńskich. Od mieszkańców dowiaduje się, iż miejsce, w którym mieszka piękna nieznajoma, cieszy się złą sławą. Nawiedzany przez ciemne moce, omijany przez sąsiadów, stał się więzieniem młodej Ewy Wilczyńskiej, jej chorego brata, starej ciotki i dalekiego krewnego, którzy od wielu lat toczą walkę z losem o godne życie. Robert, zafascynowany piękną Ewą i zaintrygowany obecnością swojej tajemniczej prześladowczyni na fotografii, postanawia za wszelką cenę zbliżyć się do mieszkańców pałacu. Aby to osiągnąć, decyduje się odegrać rolę łowcy duchów, nie wiedząc jeszcze, że oto przyjdzie mu się zmierzyć z siłą, która przekracza granice jego racjonalnego umysłu.


Dźwięki "Nokturnu"


Lubię się trochę pobać

Kto z nas nie lubi poczuć dreszczyku emocji i uczucia strachu, który podnosi włoski na karku? Zapewne parę osób się znajdzie, ja jednak zaliczam się do wielbicieli wszelakich powieści grozy i horrorów. Nic mnie bardziej nie przeraża niż lasy i podupadłe pałacyki czy stare domostwa.

"Nokturn" Jowity Kosiby zdecydowanie można do tej kategorii zaliczyć. Akcja dzieje się w większości w podupadłym pałacyku rodziny Wilczyńskich, w Połańcu. Sam dom to jak znalazł idealne miejsce do rozgrywania się w nim mrocznych wydarzeń. Jeśli dodać do tego rodzinne sekrety i działanie sił nadprzyrodzonych zakłócających życie rodzinne Wilczyńskich mamy doskonały, choć nie ukrywam miejscami dość oklepany, temat na powieść grozy.

Przeznaczenie? Ślepy traf? Czyli jak Robert wpakował się w łapanie duchów...

Robert Kalicki, to trzydziestodwuletni fotograf z Krakowa. Prowadzi wspólnie z przyjacielem salon fotograficzny. Pewnego dnia w progach jego zakładu pojawia się piękna Ewa Wilczyńska prosząc o wywołanie zdjęć analogowych. Robert oczarowany jej swoistym urokiem i urodą wywołuje zdjęcia jeszcze tego samego dnia. Na jednej z wywołanych fotografii rozpoznaje kobietę, której wizja prześladuje go od lat w sennych koszmarach. Kim jest ta kobieta? W jaki sposób jej postać związana jest z tajemniczą Ewą Wilczyńską? Robert decyduje się tego dowiedzieć...
Przyznacie, że każdego przeszłyby ciarki. W tym momencie w mojej głowie pojawiło się mnóstwo domysłów, potencjalnych scenariuszy i przypuszczeń.  Czy się sprawdziły? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że tak. Domyśliłam się co do niektórych wątków, inne z kolei mnie zaskoczyły,  a zakończenie... Cóż... zakończenie było dokładnie takie jak lubię: nieoczywiste i zastanawiające.

Oczami Roberta

Historię śledzimy z perspektywy Roberta, a wydarzenia z przeszłości poprzez opowieści żyjących i pamiętnik prababki Ewy Wilczyńskiej. Co do tego pamiętnika czułam niedosyt. Zabrakło mi wydarzeń z lat czterdziestych, i okoliczności śmierci Emilii. Ci, którzy książkę już czytali zapewne będą wiedzieli o czym mówię. Wiem, że dla rozwoju fabuły wystarczyła ta wiedza, która została nam przekazana, ale jednak odczucie niedosytu się we mnie pojawiło.
Tym co mi się ogromnie podobało, a co spotykam ostatnio dosyć rzadko, jest specyficzny styl autorki. Odrobinę staroświecki, choć akcja dzieje się współcześnie co może (choć nie musi) wywoływać konsternację. To zdecydowanie nie jest pospieszny język jakim posługujemy się codziennie. Dialogi trochę jak z innej epoki dodają smaczku całej powieści. Jeśli do tego dodamy specyficzne okoliczności w jakich dzieje się akcja: zniszczony pałacyk, rodzina z sekretami, duchy doprowadzające mieszkańców na skraj załamania nerwowego, dostajemy doskonały przepis na świetny horror. Jowita Kosiba stworzyła z tej mieszanki bardzo dobry kawałek literatury grozy.
Wielbiciele krótkich rozdziałów będą ukontentowani, dzięki zasadzie "jeszcze jeden rodział" ani się spostrzegłam, a miałam większość  książki za sobą, później zaś, gdy wydarzenia nabrały tempa i zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie i nieoczywiście nie sposób było się od  "Nokturnu" oderwać.  

Parę słów podsumowania

"Nokturn" Jowity Kosiby to rewelacyjna powieść grozy, w której akcja toczy się niespiesznie, styl jest niczym z minionej epoki, gdzie nie było miejsca na kolokwializmy, skróty i bezpardonowość. Tu królują formy grzecznościowe i naprawdę świetnie poprowadzone dialogi.  Powieść jest wciągająca, intrygująca, a autorka umiejętnie bawi się z czytelnikiem podrzucaniem różnych tropów i niczego nie podaje na tacy. "Nokturn" to opowieść miejscami bardzo mocna mówiąca o rodzinie, relacjach, przywiązaniu, chorobie i miłości. Idealna lektura z listopadem w tle, nie tylko na listopad i długie, ciemne jesienne wieczory.

Zdecydowanie polecam. Moja ocena 8/10.

wtorek, 12 listopada 2019

Opowieść malowana słowami - recenzja książki "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności" Elżbieta Sidorowicz

Dzień dobry :)


W książce obyczajowej musi być coś co mnie w niej urzeknie, w "Okruchach gorzkiej czekolady" Elżbiety Sidorowicz jest to bez wątpienia język, sposób prowadzenia narracji oraz umiejętność żonglowania emocjami, przez co historia jest różnorodna i wciągająca.

Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za egzemplarz do recenzji.

"Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności"
Elżbieta Sidorowicz


Cykl: Okruchy gorzkiej czekolady
Stron: 516
Gatunek: obyczajowa, dla młodzieży
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Opis wydawcy:

"Życie nie jest słodką pralinką. Życie to czasem gorzka czekolada. Skąd wiadomo, która nam się przytrafi?


Rodzice nastoletniej Ani decydują się kupić stary, zrujnowany dworek na peryferiach miasta. Gdy rozpoczynają remont i modernizację domu, wszystko zdaje się iść ku dobremu. Jednak nic nie jest w stanie zatrzymać biegu wydarzeń...



Ania, uzdolniona uczennica liceum plastycznego, zostaje zupełnie sama w wielkim, pustym, nienadającym się do życia domu. Bez wody, gazu, telefonu. I bez kogokolwiek bliskiego. Świat malarstwa, muzyki, poezji, wszystko, co było dla niej ważne, przestaje istnieć. Jak pogodzić się ze stratą? Jak żyć?



"Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności" to słodko-gorzka opowieść o utraconym raju i o mozolnym odbudowywaniu go z drobin piasku. O dumie, godności, przyjaźni. O samotności. I o miłości, potężnej jak śmierć."

Opowieść malowana słowami: "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności" Elżbieta Sidorowicz


Co mają w sobie "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności", że zdecydowałam się je przeczytać?

Po pierwsze okładka. Kolorystyka i dziewczyna na okładce sugerujące, że nie będzie to kolejna cukierkowa opowieść. Po drugie opis: prosty, jasny przekaz wprowadzający nas w treść. Tylko tyle i aż tyle. Coś w tym zestawie sprawiło, że serce zabiło mi szybciej, a głosik w mojej głowie szeptał kusicielsko: przeczytaj, nie pożałujesz, no dalej, to książka taka jak lubisz. I dałam się skusić. I jak zwykle mój wewnętrzny głos miał rację. Ale po kolei...

Poznajcie Anię z... Nie, nie z Zielonego Wzgórza. Poznajcie Anię z dworku Millera

Główną bohaterką "Okruchów..."jest siedemnastoletnia Ania Kielanowicz, uczennica warszawskiego liceum plastycznego. Jej rodzice kupili zrujnowany dworek, remontowali go nie oszczędzając na środkach, wkładając w naprawę i urządzenie całe swoje serce, chcąc stworzyć dla swojej jedynej córki taki dom, o jakim marzyła. Wszystko zmienia się, gdy rodzice Ani giną w wypadku samochodowym i dziewczyna zostaje kompletnie sama: bez bliskich, bez domu, w którym można by zamieszkać. A ponieważ jest niepełnoletnia jej los pozostaje w rękach obcych ludzi.

Opowieść malowana słowami

Pomyślicie sobie, że to kolejna odgrzewana historia... Może i tak. Jednak tym co mnie w niej urzekło, co mnie wciągnęło w fabułę, przywiązało do Ani i innych bohaterów książki był niesamowity styl autorki - Elżbiety Sidorowicz. Jeśli tak cudnie napisała swoją pierwszą książkę, to bardzo wysoko postawiła sobie poprzeczkę i mam nadzieję, że kolejna wyjdzie równie świetnie napisana co "Okruchy...". Język E. Sidorowicz jest niezwykle liryczny, barwny, ale też swobodny i bardzo naturalny, co sprawia, że przez opowieść się wręcz płynie.
Obszar związane z malarstwem, a jest on w powieści bardzo duży, nie są autorce obce i czytając da się zauważyć, że ma ona doskonałą wiedzę w tym temacie, a zerknięcie na biogram było tylko formalnością, by potwierdzić przypuszczenie, że sama autorka kształciła się plastycznie.

Po brzegi wypełniona emocjami

Jej kreacja młodej dziewczyny stojącej u progu dorosłości, której z dnia na dzień przychodzi zmierzyć się z koszmarem, który nie jednego dorosłego zmiażdżyłby na proch, jest świetna. Dobrze przemyślana i doskonale dopracowana. Studium żałoby i połączonej z nią depresji to prawdziwy majstersztyk. Dzięki połączeniu stylu i dogłębnego poznania poruszanego tematu dostałam taką dawkę emocji, że kilkakrotnie musiałam odłożyć książkę i dać sobie czas na ochłonięcie. "Okruchy..." to powieść, z której emocje wręcz się wylewają, są przy tym tak prawdziwe, że nie można ją po prostu przeczytać i przestać o niej myśleć.

Chociaż świat, który obserwujemy widziany jest oczami Ani, to jednak autorka bardzo umiejętnie pokazała też inne postacie i nie pokazała ich tylko powierzchownie, ale ukazała ich osobowości i skomplikowane wzajemne relacje. Poznajemy sympatyczną panią profesor Barską, niezwykle ciepłą starszą panią oraz jej rodzinę; wredną i niesympatyczną od pierwszego wejrzenia ciotkę Iwonę (straszna kobieta, gdybym mogła wytargałabym ją za kudły); przyjaciela Michała i jego siostrę Beatę, nazywaną pieszczotliwie Bemolką. Bemolka do szatan nie kobieta (no prawie, bo młoda ma ledwie piętnaście lat), jest przy tym bardzo sympatyczną postacią.

 Nigdy dość emocji

Oprócz radzenia sobie z ogromną tragedią, depresją, żałobą, ważne są też relacje między młodymi, trudne relacje rodzinne. Nie myślcie sobie, że przez poruszaną tematykę książka jest spowita aurą smutku. Smutek tu znajdziecie nawet w sporych ilościach, ale i odrobinę humoru, i ciepło wynikające z życzliwości innych ludzi, i codzienne zmagania z nową rzeczywistością i pozornie trywialnymi zajęciami - nawet sobie nie wyobrażacie jak ja dobrze rozumiałam Anię, gdy uczyła się palić w piecu.

Ania usiłuje pogodzić się ze śmiercią rodziców, jakoś oswoić tę nową sytuację, na którą nikt jej nie przygotował. Prowadzi rozmowy z nieżyjącymi rodzicami, które są bardzo wzruszające.

"Mamo, poprowadź mnie przez tę samotność. Chociaż nie, jak mogę niepokoić ją, niech najpierw odpocznie. Po całym życiu, po wszystkich trudach, po śmierci. (...)Nie będę jej niczym martwić. Mamusiu, bądź szczęśliwa. Gdziekolwiek jesteś. Bądź szczęśliwy, tato. Dam sobie radę. Tak długo, jak długo będę umiała."

A na deser tajemnica

Pod koniec, gdy wydawać by się mogło, że wszystko już wiemy autorka serwuje nam pewien zwrot akcji: zaledwie kilka scen, parę niedopowiedzeń, nie zadanych pytań wystarczy by pozwolić czytelnikowi zwietrzyć jakiś sekret.

Podsumowanie

Sięgając po "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności" dostajemy do ręki niebanalną i pięknie napisaną historię walki młodziutkiej Ani. Walki o siebie, swój dom, swoje miejsce w życiu. Ponosi porażki, upada, ale podnosi się i idzie dalej. Z pewnością nie dałaby rady, gdyby nie jej wewnętrzna siła, którą w sobie odnalazła dzięki życzliwości osób z jej otoczenia i nowych, których poznała. To piękna historia, która pokazuje, że są dobrzy ludzie na tym świecie, którzy nie widzą tylko końca swojego nosa, ale wrażliwi są na krzywdę i potrzeby innych. Mamy i pierwszą miłość w kilku odsłonach, bo pomimo dramatu, życie toczy się jak dawniej. I w pewnym momencie jest tak słodko-gorzko, ale bardzo prawdziwie i szczerze.
Nie lubię przesłodzonych historii, lubię historie bolesne, serwujące solidną dawkę emocji. I taka właśnie jest powieść Elżbiety Sidorowicz. Będę ją polecać każdemu koneserowi dobrej literatury, bo z pewnością do takowej zalicza się debiut E. Sidorowicz. I czekam niecierpliwie na drugi tom "Okruchów..."

"Teraz minął prawie rok. Jaka jestem po tym roku? Czy kiedykolwiek się z tym wszystkim pogodzę? Czy moje poranione serce jeszcze się kiedyś podniesie? Serce ze zgubioną sprężynką, z wylatującym kółkiem zębatym, mały, popsuty aparacik, wciąż ustający, kulawy.
            Miałam dumne, zuchwałe serce. Co się z nim stało?"

Moja ocena 9/10.


poniedziałek, 11 listopada 2019

Wywiad z Lis A. W. Mikulską autorką "Białego Puchatego Króliczka"

Dzień wieczór

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o moim cyklu wywiadów "Kobieca Twarz Polskiej Fantastyki" :). Dzisiaj mam dla Was kolejny wywiad, tym razem z Lis A. W. Mikulską autorką "Białego Puchatego Króliczka". Jego recenzję mojego autorstwa możecie przeczytać tutaj: "Biały Puchaty Króliczek".

Ogromnie dziękuję autorce za udzielenie mi odpowiedzi na kilka pytań i podzielenie się zarówno ze mną, jak i z Wami informacjami o sobie, swojej baśni oraz planami na nadchodzący rok.





1. Dziękuję, że znalazłaś czas na udzielenie mi kilku odpowiedzi na pytania, a także, że dałaś szansę poznać mi "Białego Puchatego Króliczka".

To ja dziękuję! Jestem naprawdę podekscytowana moim pierwszym wywiadem.

2. Skąd pomysł na nowelkę utrzymaną w konwencji baśni? I dlaczego Króliczek, dlaczego nie jakieś inne zwierzątko?

Pierwszy szkic „Białego Puchatego Króliczka”, tworzyłam w gimnazjum, a zatem niedługo po lekturze „Małego Księcia”. Chociaż opinie na temat tej książki są różne, to bardzo mi się spodobała maniera, w jakiej została napisana: z jednej strony narrator opowiadał o rzeczach trudnych i ciężkich, ale robił to z taką naiwną lekkością, co jakby potęgowało odbiór treści. Króliczek jest króliczkiem, ponieważ wydał mi się odpowiednim naczyniem, w które chciałam przelać mój odbiór rzeczywistości. Sama się czułam takim naiwnym, głupiutkim stworzeniem, które starało się patrzeć na rzeczywistość, jakby nie potrafiło uwierzyć w istnienie zła.

3. Jakie emocje Ci towarzyszyły podczas pisania "Białego Puchatego Króliczka"? Czy już na etapie tworzenia pojawiła się myśl o wydaniu go?

Przy tworzeniu „Białego Puchatego Króliczka” przez myśl mi nie przeszło, by jakkolwiek ta praca ujrzała światło dzienne. Zostało napisane dosłownie do szuflady — dlatego je później „zgubiłam”. Koncepcja tej noweli wzięła się z potrzeby ulokowania moich emocji, niezadowolenia ze świata ludzkiego, pewnego rodzaju zderzenia z nim. Dlatego opowiadanie jest z jednej strony baśniowe, a z drugiej melancholijne.

4. "Króliczek" niewątpliwie wzbudza w czytelnikach emocje. Czego oczekiwałaś wypuszczając go w świat? Czy te oczekiwania pokryły się w jakimś stopniu z zaistniałą rzeczywistością?

W momencie, gdy opublikowałam „Króliczka” na wattpad.com, to osiągnęłam ten cel. Ludzie czytali i dzielili się ze mną swoimi przemyśleniami, a niektóre z nich były tak kreatywne, że naprawdę byłam pełna podziwu. Jestem naprawdę szczęśliwa, że udało mi się wzbudzić tyle emocji, a co ważniejsze wzbudzić w ludziach refleksje. Przy tak delikatnych tematach jak prawa zwierząt, ekologia, diety roślinne, bardzo łatwo natrafić na barierę u ludzi, którzy przez różne polityczne zabiegi są już trochę uczuleni na te tematy. „Króliczek” jest przyswajalny, co więcej, ludzie się nad nim zastanawiają! Czego można chcieć więcej?

5. Czy po ukazaniu się "Króliczka" spotkałaś się ze słowami krytyki? Jak wiadomo to żadna frajda czytać o swoim dziele, że coś w nim nie tak, ale chciałabym wiedzieć jak przyjmujesz takie negatywne opinie?

Pierwsza osoba, która poprawiała błędy przed publikacją „Króliczka” w internecie była sceptycznie nastawiona do tej historii. Oczywiście, upominała mnie, że: „chaos, Lisie”, „nielogicznie, Lisie”, „niepoprawnie, Lisie”, ale przebrnęła. Dzięki niej „Króliczek” ma wszystkie łapki i jedną parę uszu. Zwykle określa to opowiadanie, jako „dziwne”.
Jestem bardzo otwartą osobą na konstruktywną krytykę. W taki sposób uczę się pisać, a Króliczek jest moim najpełniejszym zapisem tego, w jaki sposób się uczyłam pisać. Raz zostałam poważnie skrytykowana za Króliczka. Co ciekawe , tej ostatecznej wersji. Z zarzutów, które zostały mi postawione, to usłyszałam, że mam to napisać łagodniejszymi i prostszymi sformułowaniami, bo to bajka dla dzieci. Gdy wytłumaczyłam, że to nie ma być bajka dla dzieci, to dostałam bardzo długą opinię, że to niespójne, że nie potrafię dostosować odbiorcy i że wszystko wskazuje, że to bajka dla dzieci. A że uznałam, że ta osoba chyba wie więcej o mojej koncepcji niż ja, to poszukałam kogoś, kto potwierdziłby tę opinię. Jeszcze jej nie znalazłam. Co ciekawe to był ktoś, kto zajmował się redakcją tekstów i jakby budował autorytet pośród pisarzy-amatorów, dlatego jego opinia była dla mnie dość ważna i stała się całkiem przykra. Nie chciałam, aby to była bajka dla dzieci, tylko współczesna baśń. Ogólnie, to jestem w stanie zrozumieć, że stylizowana narracja może przeszkadzać. Krytykę przyjmuję bardzo chętnie, jedyne co mi się bardzo nie podoba, to gdy ktoś ingeruje w merytoryczną część tekstu i zaczyna zmieniać cały pomysł. Wtedy to jest przykre, jakby ktoś przyszedł do mojego domu i zaczął mi przesuwać szafę.

6. Jaka była reakcja Twoich najbliższych (rodziny, przyjaciół) na wiadomość, że zdecydowałaś się wydać "Króliczka" i organizujesz zrzutkę na ten cel?

Jeśli się nie obrazisz, to nie chcę na to pytanie odpowiadać.

7. Najlepiej iść za ciosem. Wiem, że piszesz kolejny utwór, tym razem dłuższy. Opowiedz trochę więcej o tym projekcie :). Jaki to będzie gatunek?

Aneżka wyskoczyła przez okno”, to opowieść, którą piszę już dokładnie 2 lata i aż wstyd przyznać, ale mam ledwie siedem rozdziałów. Wydaje mi się to ciekawy projekt, chociaż nie wiem, czy ktoś podziela moją opinię. Historia toczy się w przedwojennym i niemieckim Wrocławiu, początek wieku XX. Zdecydowałam się napisać historię o moim rodzinnym mieście, który zewsząd jest zachwalany z powodu swojej urody i swoistego klimatu. Wrocław nie jest nawet w 1/10 tym, czym był przed I wojną światową — centrum kultury i sztuki, stawianym niedaleko Wiednia, Pragi czy Berlina. Obecnie Wrocław jest marną karykaturą tego wspaniałego miasta. Jest stary, zrzędliwy, nic w nim nie działa, a wszystko niszczeje wyłączone z użytku. I chyba, już wiem, dlaczego niewiele osób może podzielać moją fascynację — to opowieść dla historyków sztuki.
To dramat historyczny, z wątkiem romantycznym. Głównie chciałabym się skupić na bohemie artystycznej ówczesnego Breslau, oczywiście w granicach własnej fantazji, „Aneżka”, to fikcja literacka, a jedyne fakty, jakie się tam pojawiają to tło historyczne lub drobne smaczki.
Czy zostanie wydane? Tego nie wiem, na pewno uderzałabym w wydawnictwa.

8. Czym się zajmujesz kiedy nie piszesz?

Wbrew pozorom, wcale nie chcę być pisarzem. Chcę być historykiem sztuki i właśnie temu się oddaję przez większość mojego czasu. Pracuję. Staram się czytać książki, kiedyś czytałam ich mnóstwo. Hoduję roślinki na parapecie, nigdy nie miałam w domu wystarczających warunków, by to robić — mam cel wyhodować drzewko awokado z pestki. Czasem maluję, dopiero się uczę, nigdy nie byłam szczególnym rysownikiem, ale plamy barwne znacznie bardziej chcą się mnie słuchać. Lubię być wszędzie, toteż w miarę możliwości wyjeżdżam w podróże małe i duże.
Kiedy nie piszę, także siedzę w tym kręgu pisarskim. Często poprawiam teksty moich przyjaciół. Chciałabym także pomagać ludziom wydać ich pierwsze książki. Zawsze tak się działo, że jedni pomagali drugim, a z tego powodu powstały wieloletnie przyjaźnie i znajomości.

9. Twoje ulubione gatunki literackie?

Od zawsze kochałam fantastykę. Zaczynało się od klasycznej high fantasy z magii i miecza, ale coraz częściej zdarza się urban fantasy w stylu Neila Gaimana, chociaż jednym z moich ukochanych konwencji jest steampunk. Na moje nieszczęście dobrych książek z takim motywem jest jak na lekarstwo, znacznie więcej jest gier i kreskówek typu anime, za którymi niekoniecznie przepadam. Lubię też kryminały, oczywiście im bardziej umieszczone na przełomie XIX i XX wieku tym lepiej. Literaturę grozy, ale takiej ze smaczkiem.

10. Sięgasz po debiuty? Ja przyznaję, że tak.

A i owszem, coraz częściej się zdarza, że wydane opowieści, czytałam w ich pierwowzorze, a nawet brałam udział w ich pierwszych poprawkach. Co więcej, bardzo chciałabym popchnąć nowe osoby, do debiutowania i jestem gotowa niektórym pomóc w tym.


11. Niedługo koniec roku, masz już jakieś plany na 2020 rok? Zarówno wydawnicze, jak i te bardziej prywatne, którymi mogłabyś się podzielić?

Jasne! Nie sądzę, abym tak szybko napisała „Aneżkę”, a jeśli nawet, to nie czuję presji wydawania. Chciałabym zacząć też opowieść fantasy, jednak powstał w mojej głowie pomysł na bardzo trudne i rozbudowane uniwersum i muszę naprawdę zastanowić się jak to zrobić, aby zasady w tym świecie nie były przytłaczające, a mniej więcej logiczne. Czeka mnie sporo pracy.
Z bardziej prywatnych, to planuję zwiedzić Lwów. I jeśli się uda, to może i pojadę na objazd naukowy do Berlina na wiosnę.
Jakoś się tak szczególnie dzieje, że zawsze pod koniec lata zabieram wszystkie tobołki i osiadam na kolejny rok w nowym miejscu, więc i to jest w planach.
Poza tym wszystkim, to większość rzeczy dla mnie musi wydarzyć się albo spontanicznie, albo wcale. Jak wiadomo, bez scenariusza może nas czekać więcej niespodzianek!

Dziękuję bardzo za poświęcony czas.

sobota, 9 listopada 2019

"Porozumienie trzech" Tomasz Niziński - opinia

Witajcie

"Porozumienie trzech" Tomasza Nizińskiego to moja druga powieść tego autora. Pierwszą był "Taniec marionetek", której opinię mogliście przeczytać kilka wpisów wcześniej. Miałam pewne oczekiwania co do tej części. Polubiłam Siódmy Regiment, specyficzny choć wulgarny język jakim posługiwali się żołnierze, humor i akcję. To co dostałam w drugiej części zawiodło moje oczekiwania. Dlaczego? Tego dowiecie się z poniższej recenzji. 

Wydawnictwu Genius Creations dziękuję za egzemplarz do recenzji.

"Porozumienie trzech"
Tomasz Niziński


Stron: 300
Gatunek: fanstatyka
Wydawnictwo Genius Creations

Opis wydawcy:
Nowemu Ereburgowi grozi całkowite zniszczenie i bynajmniej nie chodzi o oblegającą go od miesięcy armię rebeliantów czy o siejące zamęt na ulicach Dzieci Czarnego Wilka. Prosty lud, zwiedziony manifestami myślicieli z Nichtael, zamęcza władze swoimi ordynarnymi postulatami. Domaga się równego traktowania, godziwych warunków pracy, a nawet powszechnego dostępu do edukacji, zupełnie jakby wysiadywanie w szkołach i pobieranie nauk stanowiło jakiś przywilej. Uświęcony tradycją porządek społeczny zaczyna chwiać się w posadach.


Te trudne czasy wymagają prawdziwego bohatera, ale z braku lepszych opcji mieszkańcy Caellarh będą musieli zadowolić się przeciętnie kompetentnym, patologicznie leniwym i doszczętnie skorumpowanym porucznikiem, który zrobi, co w jego mocy, by zwalić robotę na innych. Isevdrir Norgaard raz jeszcze zanurza się w kłębowisko spisków i intryg, walcząc o przetrwanie, zdradzając swoich mocodawców i zastanawiając się, po co do to wszystko robi.

"Porozumienie trzech" czy nieporozumienie ;)?


"Taniec marionetek" przypadł mi do gustu dzięki głównym bohaterom, dialogom i postępującej akcji. Owszem opisy mnie czasem dobijały, a nazw do tej pory nie potrafię wymówić (na szczęście nie muszę), więc tym chętniej zabrałam się do kontynuacji. Znałam świat, miejsce akcji, postaci, styl autora. Miałam oczekiwania i to nie małe... I, kurczę, no... Panie Niziński co się stało?

Parę słów o fabule

"Porozumienie trzech" to kontynuacja wydarzeń z pierwszej części. Minęły trzy miesiące, Nowy Edynburg nadal jest oblężony, w mieście rządzi Bank Centralny, który bankiem jest tylko z nazwy, hordy Dzieci Czarnego Wilka sieją spustoszenie wśród najbiedniejszej ludności, choć tak naprawdę stanowią zagrożenie dla każdego, kto się im nawinie. Położone nieopodal miasteczko Nichtael, w którym podstawą jest równość, gdzie nie ma podziałów na grupy społeczne. Prosty lud domaga się godziwych warunków pracy, dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej.
A pomiędzy tymi zwalczającymi się ugrupowaniami, odsyłany z jednej grupy do drugiej, posłuszny niczym marionetka i już trochę tym wszystkim zmęczony, miota się porucznik Norgaard. W tej części zdecydowanie mniej mamy do czynienia z żołnierzami z Siódmego Regimentu, chociaż nie brak scen z udziałem Szalonego Yorlana, czy Liczydła. Więcej też jest demona w ludzkiej skórze - Buba. Poza starymi postaciami pojawiają się nowe, wokół których toczy się intryga.

"- Znacie przecież moją politykę. Nigdy nie informuję o efektach ubocznych.
- A nie robisz tego, bo...?
- Co to za frajda zażywać specyfiki o przewidywalnych rezultatach? Dreszczyk emocji bierze się z niewiedzy."

Z pewnością komuś przypadnie do gustu przedstawianie różnego rodzaju modeli społeczeństwa, intrygi niczym na królewskim dworze, walka o wpływy gospodarcze, jednak jeśli o mnie chodzi odnosiłam wrażenie, że zdominowało to całkowicie tę część. Gubiło się w tym wszystkim to, co tak mnie urzekło w pierwszej części. Żeby nie było, że tylko jest o polityce i władzy, to jest też o religii, a nawet główny bohater wdaje się w rozmowę z Bubem (który przypominam jest demonem) o ludzkiej duszy i piekle.

 
Co się stało z Isevdrirem Norgaardem?

Sam Is wiele stracił w moich oczach. Jasne, już w "Tańcu marionetek" nie był ideałem, ale właśnie taki miał być: nieidealny, mający więcej wad niż zalet, ale jednak wzbudzający  sympatię. W wydarzeniach mających miejsce w "Porozumieniu trzech" jest pionkiem. W pierwszej części też nim był, ale to jednak on grał pierwsze skrzypce w tym co się działo. Był wszędzie i nawet jeśli czasem nie wiedział co robi i po co, to wzbudzał pozytywne uczucia. Tutaj... niby jest, ale równie dobrze mogłoby go nie być, gdyby nie to, że widzimy świat jego oczami, bo autor postanowił zachować sposób narracji z pierwszej części.

A miało być tak pięknie...

Nie ukrywam, że czułam się zawiedziona.  I mówiąc szczerze zastanawiam się czy sięgnąć po kolejną część, jeśli takowa zostanie wydana. Chociaż... kto wie? Może będzie lepiej, czasem zdarza się tak, że któraś część jest słabsza...

Czy polecam? Nie wiem. Jeśli jesteście zainteresowani poznać systemy polityczne, gospodarcze obowiązujące w świecie stworzonym przez Tomasza Nizińskiego to będzie usatysfakcjonowani. Jeśli liczycie na humor podobny do tego z pierwszej części to zapewne się zawiedziecie, ja się zawiodłam. Jednak czy będzie się Wam podobało "Porozumienie trzech" to już zależy od Waszych gustów i oczekiwań. Ja uważam czas spędzony nad książką za troszkę zmarnowany.

"Pomyślcie tylko o tych wszystkich podwójnych agentach, potrójnych grach i wielopoziomowych kłamstwach!"

Moja ocena 6/10

piątek, 8 listopada 2019

Daj się zaprosić do krainy "Deszczowych snów" - opinia o antologii

Witajcie


Trafiają się Wam książki, które pomimo objętości czyta się łatwo, szybko i przyjemnie? Mnie się ostatnio trafiła antologia "Deszczowe Sny", do której opowiadania napisały osoby należące do literackiej grupy Ailes. Książka ma ponad 500 stron, ale historie w niej zawarte w ogromnej większości są świetnie napisane i czytało mi się je przednio, nawet te pochodzące z gatunków, w których niekoniecznie się zaczytuję. 

Jakie mam zdanie o tej antologii? Zapraszam do poniższej recenzji. Wydawnictwo WasPos dziękuję za egzemplarz do recenzji.

"Deszczowe Sny"
praca zbiorowa


Stron: 545
Gatunek: różnoraki
Wydawnictwo WasPos

Opis wydawcy:
"Wyrusz z nami do krainy snów nie zawsze spokojnych, gdzie deszcz spada niekoniecznie z nieba. Jeśli masz wystarczająco wiele odwagi, przekonaj się, o czym może śnić czarownica, dlaczego demony nie miewają snów i jak czasem romans ze słodkiego, sennego marzenia staje się koszmarnym dramatem.

"Deszczowe sny" to zbiór opowiadań różnych gatunkowo. Mrożące krew w żyłach opowieści na pograniczu jawy i snu, namiętne pocałunki przy akompaniamencie szumu lejącej się z nieba wody, obezwładniający strach, szybsze bicie serca i sny, które w deszczową noc nie są tylko fantazją umysłu, lecz… rzeczywistością.

Daj się porwać zapierającej dech w piersiach przygodzie, gdzieś na granicy realizmu i iluzji. Gwarantujemy, że będzie deszczowo i tajemniczo, odrobinę fantastycznie, romantycznie, wesoło, a miejscami przerażająco. Ale nie bój się. To tylko sen…"

Zapraszam do krainy "Deszczowych snów"


Ucieszyłam się, gdy do moich rąk trafiła antologia "Deszczowe sny", w której znalazły się opowiadania autorek należących do literackiej grupy Ailes. Lubię opowiadania i zawsze chętnie je czytam, choć ocenianie ich nie zawsze jest dla mnie łatwe.

Tym co w pierwszej chwili przyciąga wzrok do książki jest okładka: stonowana, neutralna, niczego nie sugerująca. Za nią może się kryć wszystko...  Zaraz na początku przejrzałam pobieżnie spis treści, ale jak to zazwyczaj bywa tytuły niewiele mi mówiły, a ponieważ wszystkich byłam ciekawa czytałam od po kolei. 

Nie będzie odkrywcze stwierdzenie, że podoba mi się, gdy antologię otwiera opowiadanie, które przypada mi do gustu, ale zawsze mnie to niezmiernie cieszy. Czasem jest tak, że pierwsze opowiadanie wysoko stawia poprzeczkę. Nie będę Wam opowiadać o wszystkich historiach umieszczonych w "Deszczowych snach", skupię się tylko na tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie. 

Jednakże z przyjemnością przedstawię Wam autorki oraz ich utwory, które znalazły się w niniejszym opracowaniu:

1. Ludka Skrzydlewska "Huldra"
2. Meg Adams "Druga szansa"
3. Weronika Szatkowska "Trucizna"
4. Samanta Louis "Prorocze sny"
5. Roland Hensoldt "Córka Noego"
6. Dominika Smoleń "W świetle zachodzącego słońca"
7.Lilianna Garden "Moringham"
8. M.M. Macko "Wywiad"
9. Noemi Vain "To ty jesteś ciemnością"
10. Kamila Malec "Równowaga dusz"
11. Agata Głowacz "Deszczowa dama"
12. D.B. Foryś "Umarli nie miewają snów"
13. Anna Tuziak "Dymisja anioła"
14. Margo Shaw "Szkarłat"
15. Grażyna Białas "Spóźnieni"
16. Alicja Krawiec "Róża i motyl"
17. Ana Rose "Gość ze snu"
18. Rain WInter "Pod powiekami"
19. Anna Tuziak "Gdy pada deszcz"
20. Jimmy Durden "***" (wiersz) tajemniczy Ktoś występujący gościnnie w antologii

Twórczość kilku autorek była mi już wcześniej znana, niektórych poznanie miałam dopiero przed sobą. Zbiory opowiadań, takie jak te, są dla mnie atrakcyjne, bo serwują różnorodne historie, pisane przez różne osoby, a każda z nich charakteryzuje się odmiennym stylem prowadzenia narracji. Jedne historie wciągają od początku, inne swoje walory odkrywają w miarę poznawania fabuły, po innych wzrok prześlizguje się bez wielkiego zachwytu.

Napomykałam wcześniej o pierwszym opowiadaniu... "Huldra" Ludki Skrzydlewskiej zabrała mnie w leśne i zimne, nieco dzikie rejony Skandynawii, gdzie ciągle żywe są dawne wierzenia. Opowiadanie wciągnęło mnie od początku, a pobudzona wyobraźnia podsuwała przeróżne rozwiązania. Jednak tego, jakie zaserwowała mi autorka nie przewidziałam. Tym bardziej, że wobec takiego zakończenia historia nabrała zupełnie innego wymiaru.

"Las jest zaskakująco cichy, nie słyszę w nim żadnych zwierząt ani ptaków. Jestem tylko ja i mój głośny oddech; nie wiem, co robić, dokąd iść ani po co, ruszam więc przed siebie, dochodząc do wniosku, że to i tak nie ma znaczenia. To tylko sen.
                A potem go dostrzegam."

***

Nie trzeba wiele się rozpisywać i wprowadzać do historii kilku bohaterów, czasem wystarczy kilka stron i taka dawka emocji, że myśli się o tym opowiadaniu jeszcze bardzo długo. Którą historię mam na myśli? "Truciznę" Weroniki Szatkowskiej. Wiecie... Lubię, gdy jest akcja, humor, dopracowani bohaterowie zapadający w pamięć, ale tym co do mnie trafia przede wszystkim są emocje. Mam wrażenie, że ta krótka historia wręcz nimi ocieka. Ciekawość, współczucie, żal i smutek...

"Może, jeśli pozwolę, aby lód pękł do końca, będę osobą z życia, które sobie jedynie wyobrażam."

***

"Moringham" Lilianny Garden zabrał mnie do kompletnie obcego dla mnie świata, po którym poruszałam się z dużym trudem. Świat wykreowany przez autorkę jest świetny, warsztat pisarki również jest dopracowany i chociaż autorka w swoim świecie poruszała się ze swobodą (byłoby źle, gdyby było inaczej) to ja prawdę mówiąc czułam się zagubiona, przez duże Z. Jest jednak, zarówno w stylu LIlianny Garden, jak i w samej historii coś co budzi moją sympatię i jeśli ukaże się jej powieść pt."Mroczny Kosiarz" (o czym możemy przeczytać na końcu opowiadania), do którego to opowiadanie stanowi preludium, z przyjemnością po niego sięgnę.

"Znał jego przeszłość i doskonale wiedział, że ten mrok, ten ogrom boleści, jakie w sobie nosił i pielęgnował, miały mu przypominać o stracie, jakiej doznał."

***

W "To ty jesteś ciemnością" dałam się zaskoczyć Naomi Vain i chociaż zabieg ten jest popularny to jednak prowadzenie historii i narracja pochłaniały mnie do tego stopnia, że dałam się pochłonąć mrocznym obrazom przez nią stworzonym.

"Przyszli wieczorem, kiedy nawet księżyc wydawał się płonąć czerwienią.
                Ubrani w czarne płaszcze z kapturami zakrywającymi twarze, przypominali wysłanników samej Śmierci."

***


Z uśmiechem na twarzy wskoczyłam w uniwersum Tessy Brown - bohaterki książek D.B. Foryś ("Tylko żywi mogą umrzeć" i "Tylko martwi mogą przetrwać"). "Tylko martwi nie miewają snów" to samodzielne opowiadanie, w którym znalazło się miejsce dla Gabriela, Remiela i demony rzecz jasna. Nie brak tu specyficznego humoru i sporej dawki akcji. Dla tych, którzy nie znają jeszcze Tess to świetny początek by ją poznać i dać się wciągnąć w jej świat łowczyni demonów, a dla tych którzy już znają pannę Brown to doskonałe uzupełnienie utworów z jej udziałem.

"- Zdradzisz, kto cię tak urządził - Otrzepałam ubrania z brudu, z wysiłkiem zachowując poważny ton. - Przegrałeś jakiś zakład, czy coś?
                - Czy coś - wydusił po dłuższej chwili.
                Wylewny to on nie był. Natomiast intrygujący to na pewno.
                Latać tak na golasa? No ludzie kochani..."

***

"Dymisja anioła" Anny Tuziak to jedno z tych opowiadań, za którymi po prostu się podąża bo jest się ciekawym dalszego ciągu. Nieco przewrotne i nie takie oczywiste, ale przede wszystkim bardzo dobrze napisane i okraszone szczyptą humoru.

Zaczynające się z pozoru niewinnie opowiadanie "Pod powiekami" Rain Winter, wciąga umiejętnie ujawnianymi po trochu faktami składającymi się na rzeczywistość bohaterów i wyzwalające sporą dawkę emocji. To opowieść o miłości i rodzinie, o cierpieniu i powstawaniu z popiołów, o nadziei i odwadze.

Autorzy wykazali się kreatywnością i każdy z nich to tematu deszczowych snów podszedł od innej strony. Ich historie zabierają nas zarówno w odległe światy, jak i całkiem blisko. Bohaterami są zwykli szarzy ludzie, jak i ci, których niezwykła siła i moc pochodzi nie tylko z tej jasnej strony. Znajdziecie tu zarówno anioły, jak i demony, znajdziecie ludzi odbudowujących swoje szczęście z gruzów, jak i tych, którzy to szczęście potrafią niszczyć. W tej antologii każdy znajdzie coś dla siebie.

Uwaga!!!

Zysk uzyskany ze sprzedaży antologii "Deszczowe sny" będzie przekazany na organizację pomagającą zwierzętom My 3 koty i psy. Więc nie dość, że kupując egzemplarz będziecie mieć świetną lekturę na jesienne (i nie tylko) wieczory, poznacie polskich, cudownych autorów i autorki to pomożecie zwierzętom.

Czy polecam? Tak, tak i jeszcze raz tak.
Moja ocena 8/10.

czwartek, 7 listopada 2019

Dołączysz do "Tańca marionetek"? Opinia o książce Tomasza Nizińskiego

Dzień dobry


Fantastyka to gatunek, który co jakiś czas mnie zaskakuje i do moich rąk trafiają książki, które jednocześnie sprawiają mi frajdę podczas czytania i denerwują.

Dzisiaj zapraszam Was na opinię o książce kolejnego polskiego autora - Tomasza Nizińskiego "Taniec marionetek" wydanych nakładem wydawnictwa Genius Creations


"Taniec marionetek"
Tomasz Niziński



Stron: 392
Gatunek: fantasy
Wydawnictwo Genius Creations

Opis wydawcy:
"To nie jest kolejna książka o ratowaniu świata!

W tej rozgrywce stawka nie jest większa niż życie, a ludzkości nie grozi zagłada, lecz w najgorszym wypadku znaczne podwyższenie stóp procentowych.


Witaj w świecie, w którym demony są analfabetami, nekromanci nigdy nie trzeźwieją, a bohaterowie są zawsze gotowi ryzykować życiem. Cudzym.

Czarna Kompania, Podpalacze Mostów, Łowcy Kości i Siódmy Regiment z Erei to elita wśród najemnych kompanii."

Dołączysz do "Tańca Marionetek"?



"To nie jest kolejna książka o ratowaniu świata!"
"Witaj w świecie, w którym demony są analfabetami, nekromanci nigdy nie trzeźwieją, a bohaterowie są zawsze gotowi ryzykować życiem. Cudzym."

Prawda, sama prawda i tylko prawda. "Taniec marionetek" Tomasza Nizińskiego to jedna z najbardziej nietypowych książek jakie przeczytałam w ostatnim czasie. Nie znajdziecie tutaj herosów, ludzi obdarzonych niesamowitymi mocami, heroicznych, bezinteresownych i wypełnionych po dziurki w nosie altruizmem. Nic z tych rzeczy. I chrońcie nas bogowie przed takim dowódcą jakim jest Isevdrir Norgaard. Też sobie połamaliście język wypowiadając to na głos? :)

A jaki jest Is, swoją drogą główny bohater i narrator niniejszej opowieści? Jeśli chcecie żeby się wszystko posypało, niejednokrotnie z hukiem, wyślijcie do realizacji zadania Siódmy Regiment z Norgaardem na czele. O swoje życie też będziecie się musieli troszczyć sami, no chyba, że Is będzie Was do czegoś potrzebował. To tak z grubsza, resztę jego atutów musicie odkryć sami. I jestem pewna, że będziecie sie przy tym dobrze bawić.

Niewątpliwą zaletą "Tańca..." jest kreacja bohaterów. Są zróżnicowani charakterologicznie i chociaż Ci bohaterowie, którzy najczęściej biorą udział w wydarzeniach, nie są tak do końca tymi pozytywnymi, to bez wątpienia dają się lubić. Czytanie dialogów to sama frajda i niejeden czytelnik zachichocze pod nosem podczas lektury. O Siódmym Regimencie, którym dowodzi Is mówi:

"Byliśmy mieszanką wszystkich ras i kultur obecnych na Kontynencie, co sprawiało, że dość mocno wyróżnialiśmy się na tle homogenicznej rasowo prowincji, a nawet całego królestwa."

Dla tych, którzy lubią akcję sporo się tu znajdzie dynamicznych scen. Najczęściej są one związane z działalnością żołnierzy z Siódmego Regimentu, co nie będzie dla Was takie niezwykłe, kiedy tylko poznacie ich bliżej.

Niejednokrotnie podczas czytania uśmiechałam się pod nosem, bo książka napisana jest swobodnie i lekko. Chociaż, nie ukrywam, że szczękościsku dostawałam, gdy bohater zaczynał kolejną dłuuugą opowieść mającą na celu czytelnikowi przybliżyć specyfikę świata, czy przeszłe wydarzenia, których implikacje w istotny sposób wpłynęły na bieżącą sytuacje.
Jeśli należycie do grupy czytelników, których "uszy bolą" od wulgaryzmów zastanówcie się zanim sięgnięcie po książkę. Ja ze swojej strony powiem tak: nie wyobrażam sobie tej historii bez soczystych bluzgów rzucanych przez bohaterów.

Świat stworzony przez Tomasza Nizińskiego jest niebywale dopracowany, a sytuacja polityczna w miejscu głównej akcji jest dobrze przemyślana, aczkolwiek mocno skomplikowana i trzeba uważnie śledzić co główny bohater ma do powiedzenia. Były  momenty, gdy przestawałam rozumieć co czytam i musiałam na chwilę odłożyć książkę i zrobić odpoczynek od fabuły.

Chociaż objętościowo książka nie jest duża, to zdecydowanie nie jest to lekka lektura. Sytuacja polityczna, zwalczające się grupy, rodzący się nowy porządek, działanie poza prawem, podejrzane sojusze i intrygi to podstawa tej opowieści. W to wszystko zostaje wplątany (na własne życzenie, a może jednak ktoś to dla niego zaplanował?) Norgaard.

"Dlaczego mam wrażenie, że jestem popychany w ustalonym przez kogoś kierunku? I co ważniejsze, dlaczego całkowicie się na to zgadzam, mimo, że zdaję sobie sprawę z tego, co się święci?

Zapewne coś pominęłam, o czymś nie wspomniałam, ale tym co musicie wiedzieć i co jest najważniejsze jest to, że zdecydowanie warto sięgnąć po "Taniec marionetek" Tomasza Nizińskiego. Autor wykonał bardzo dobrą robotę tworząc dopracowany świat i nieoczywistych bohaterów, pełnych wad (jak tak myślę, to wad mieli więcej niż zalet), ale i wzbudzających sympatię. Akcja i dialogi równoważą sporą ilość opisów i przedstawiania historii nie tylko regionu, ale i sytuacji politycznej, a także i religijności. Zdecydowanie nie jest to książka dla tych, którzy lubią mieć zaraz na początku podane na tacy kto, co, z kim, dlaczego i od którego pokolenia. Tutaj wszelakie informacje dawkowane są nam w kawałkach i trzeba cierpliwości by je poznać i złożyć w całość. A całość okraszona jest specyficznym humorem dodającym historii pewnej lekkości.

Czy polecam? Naturalnie, że tak, choć książka nie każdemu jednakowo przypadnie do gustu.
Moja ocena 7/10.





niedziela, 3 listopada 2019

Nietypowy kryminał, czyli "Naznaczenie siódmego" Dawid Niemiec - opinia

Witajcie


Są książki, które wiem, że będą mi sie podobać, a i tak mnie potrafią zaskoczyć. Tym razem do takich książek zaliczam "Naznaczenie siódmego"Dawid Niemiec. Zapraszam na recenzję, Wydawnictwu WasPos dziękuję za egzemplarz książki.


"Naznaczenie siódmego"
Dawid Niemiec


cykl: Pogrzebane tajemnice
Stron: 464
Gatunek: thriller/kryminał/sensacja

Opis wydawcy:

Wszystko, co nas na tym świecie, otacza możemy opisać, zmierzyć, posmakować. Nauczyliśmy się sięgać po te rzeczy – wypracowaliśmy sprawne plany działania, aby zdobywać założone cele. Czasem jednak u szczytu swoich osiągnięć zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy syci. Nie daje nam spokoju myśl, że może istnieje inna ścieżka, o której nie mieliśmy pojęcia.


Błyskotliwa, zaradna Natalia prowadzi niewielki salon kosmetyczny w Katowicach. Wie, jak upominać się o swoje prawa, dobrze radzi sobie z ludźmi i wygrywa wszystko, co tylko zapragnie wygrać. Dziennikarstwo to jej hobby. Udziela się w lokalnej gazetce, lubi wścibiać nos w nie swoje sprawy i odkrywać to, co inni chcieliby pozostawić w ukryciu. Tajemnica pewnego zapuszczonego grobu zaprowadzi Natalię w strefy życia, o których nigdy nie miała pojęcia. Zagmatwana, wymykająca się pojęciom logiki sprawa spowoduje, że całe jej dotychczasowe doświadczenie okaże się bezużyteczne. Coraz bardziej zniechęcona – będzie musiała wreszcie przyznać, że mierzy się z mrocznymi siłami, daleko wykraczającymi poza jej, w gruncie rzeczy spokojny, bezpieczny świat. Bo kiedy spojrzysz w ciemność, ciemność spojrzy w ciebie…

Bardzo nietypowy kryminał, czyli "Naznaczenie siódmego"
 

"Naznaczenie siódmego" Dawida Niemca skusiło mnie opisem i okładką, sugerujące tajemniczą zbrodnię do wyjaśnienia, śledztwo, ale i coś jeszcze, czego nie potrafiłam do końca sprecyzować (tu działała moja intuicja) co mówiło mi, że to będzie ciekawa książka. Była ciekawa. To prawda. Jednakże nie spodziewałam się sporej dozy nietypowości, a nawet pewnego rodzaju metafizyki, co dodało lekturze specyficznego smaczku. W moim przypadku, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdemu takie "przyprawy" mogą pasować.

Zaskoczyło mnie stworzenie przez autora główną bohaterką kobietę. W pierwszej chwili pomyślałam: hola, co facet może wiedzieć o kobiecej psychice? Ale wiecie co? Bohaterka była wykreowana bardzo dobrze. Nie należy do tego typu bohaterek, do których pałam sympatią od pierwszej chwili. Nawet po skończeniu książki nie jestem pewna czy ją polubiłam, tak sobie myślę, że miało to wiele wspólnego z jej specyficznym podejściem do dziecka. Specyficznym, czyli jakim zapytacie? Moim zdaniem mało macierzyńskim, pozbawionym emocjonalnego zabarwienia. A może tylko się czepiam ;)?

Książkę czyta się naprawdę szybko. Można powiedzieć, że wręcz ją pochłonęłam, a końcówkę czytałam niemal z wypiekami na twarzy. Kiedy akcja zaczyna nabierać tempa, gdy Natalia odkrywa coraz więcej nieoczekiwanych faktów dotyczących zwłok i robi się po prostu dziwnie, zaczęłam się zastanawiać w jakim kierunku podąża fabuła i przyznaję autor zaskoczył mnie na całej linii. Samo zakończenie było już dość przewidywalne, ale cała podróż do niego, wędrówki po Polsce z bohaterami  i pewne niesamowite dziecko sprawiły mi prawdziwą czytelniczą frajdę. Do tego treść jest bardzo dobrze wyważona jeśli chodzi o dialogi i opisy, przez co nie jest zbyt nudno i czytanie sprawnie posuwa się do przodu.

Tym co niezmiennie mi się podoba i chwalę u naszych rodzimych autorów jest sięganie w głąb wierzeń i legend europejskiej ziemi, szczególnie zaś tej, na której powstało państwo polskie. W "Naznaczeniu siódmego" również znajdziecie taką tematykę. Mnie ona ogromnie przypadła do gustu, bardziej niż moje pierwotne przypuszczenie w jaką stronę zmierza cała historia (cieszę się, że się pomyliłam). Połączenie jej z kryminałem było doskonałym pomysłem.

Podsumowując

"Naznaczenie siódmego" Dawida Niemca to nietypowy kryminał, który z pewnością Was zaskoczy. Prosty, lekki styl, doskonałe wyważenie dialogów i opisów, akcja, sekrety osnute mgiełką mistycyzmu, a wszystko to dziejące się w pięknych i zarazem tajemniczych miejscach Polski sprawi, że w pełni i z prawdziwą przyjemnością oddacie się lekturze. Jeśli o mnie chodzi z pewnością przeczytam kolejną książkę tego autora.

Moja ocena 8/10